Wytrzymałam wszystkie te upały, które w mieście są naprawdę nieznośne. Wytrzymałam, szukając wszelkich sposobów na przetrwanie. Po dworze chodząc od jednego skrawka cienia do drugiego, pijąc hektolitry mrożonej kawy, jedząc ogromne ilości lodów, zużywając mnóstwo wody w ramach zimnych pryszniców (żałując jednocześnie strasznie, przestrasznie, że nie mamy już wanny – kto też wpadł na pomysł, by ją zlikwidować, cholera?!), zastanawiając się mocno nad tym, jak to zrobić, żeby jednak zmieścić się do lodówki (może jakbym tak zrzuciła kilka kilogramów?) i siedząc z twarzą prawie, że w wiatraku, zastanawiając się czy wciągnie mi w końcu włosy czy jednak łaskawie je oszczędzi.

Wytrzymałam chyba tylko dlatego, że w głowie od dłuższego czasu miałam wizję gorącej plaży. W końcu nadszedł ten dzień. Do bagażnika wrzucamy walizki, śpiwory, namiot oraz dobry humor i jedziemy sobie w siną dal… Życzcie mi więc, by ten żar z nieba lał się nadal, przynajmniej tam nad naszym polskim morzem i żeby deszczu było niewiele, jeśli już w ogóle być musi.

Jak dobrze pójdzie to wrócę tu za dwa tygodnie, z notkami na temat kilku książek, które ze sobą zabieram. (Mój M. te kilka uznałby pewnie za niezły eufemizm, ale kto by się przejmował.) A może pójść też na tyle dobrze, że rozleniwię się do reszty i nie wrócę w ogóle… ;))

Ściskam Was mocno, niech te wakacje mijają tak, jakbyście sobie życzyli ;* 

[źródło zdjęcia]