Nawet nie wiecie jak trudno jest znaleźć coś do wspólnego czytania, gdy moje półki zapełnione są typowo babskimi czytadłami, a M. raczej nie sięga po nic spoza kręgu fantastyki. W każdym razie, mamy postanowienie, że co jakiś czas wybierzemy jakąś wspólną lekturę, żebyśmy mogli sobie podyskutować. Tym razem padło na Christie.

Początek nastawił nas do całości dość sceptycznie. Oto grupka pozornie niczym niezwiązanych ze sobą osób dostaje tajemnicze listy, a to od dawnych znajomych, a to od ludzi, których kiedyś udało im się przypadkowo spotkać, w których zostają zachęceni do udania się na osławioną Wyspę Żołnierzyków. Nie zastanawiając się dłużej, każda z tych osób wsiada w pociąg i… I tu nam zazgrzytało, bo czy serio dostając list od kogoś, kogo nawet nie pamiętamy i lekką zachętę w postaci gotówki, rzucilibyśmy wszystko i pojechali w miejsce znane nam wyłącznie z opowieści? W każdym razie, przetrawiliśmy jakoś ten niefortunny początek, bo dalej było już tylko lepiej.
Trafia więc ta grupa ludzi na wspomnianą wyspę, gdzie w każdym pokoju znajdują wierszyk, zgodnie z którym, zaczynają ginąć nie tylko ustawione na stole w jadalni porcelanowe figurki, ale także oni sami.
Fabuła ze strony na stronę wciąga coraz bardziej, a ja starałam się jak najszybciej przewracać kolejne kartki, pewna, że autorka nie będzie w stanie mnie zaskoczyć i rozwiązanie, które od początku sobie wymyśliłam, okaże się tym, które zaserwuje nam na ostatniej stronie. Zresztą, obydwoje prześcigaliśmy się podczas czytania w obstawianiu tego, kto zabija.
Świetnie stworzone postacie. Każdy z bohaterów Christie jest inny, każdy na swój sposób charakterystyczny, każdy został zaopatrzony w kilka takich cech, których nie dałoby się przypisać komuś innemu. I choć jest to może nieco stereotypowe (jeśli kobieta starsza to elegancka i wyrafinowana, jeśli młodsza to typowa panikara), to dzięki temu łatwiej niż z nazwiskiem, zaczynamy danego bohatera kojarzyć z zestawem przypisanych mu cech, a często też zawodem.
I nie było już nikogo to także, poza trzymającą w napięciu historią, poruszenie problemu wymierzania sprawiedliwości na własną rękę, karania tych, którzy wcześniej zdołali jakoś tej kary uniknąć czy zabawy w Boga decydującego o śmierci tych, których sposób życia nam się nie spodobał.
To było moje pierwsze spotkanie z Christie, ale na pewno nie ostatnie.
Niestety, ze względu na liczne literówki i wyrażenia typu wyjrzał oknem czy patrzała błyszczącymi oczyma, zdecydowanie nie polecam wydania z kolekcji Gazety Wyborczej, po które ja sięgnęłam.
Agatha Christie, I nie było już nikogo, Kraków, Mediasat Poland 2004.