
Skoro tylko pojawia się kwestia czasu na czytanie, to znaczy, że brakuje ochoty na czytanie. Bo jeśli przyjrzeć się sprawie uważniej, nikt nie ma nigdy czasu na czytanie. Ani mali, ani dorastający, ani duzi.
– Czytać? Chciałabym, ale praca, dzieci, dom, nie starcza mi już czasu na czytanie…
– Ależ ja panu zazdroszczę, że znajduje pan czas na czytanie!
Dlaczego więc ta, która pracuje, robi zakupy, wychowuje dzieci, prowadzi samochód, kocha trzech mężczyzn, chodzi do dentysty, przeprowadza się w przyszłym tygodniu, znajduje czas na czytanie, a ten rentier, kawaler żyjący samotnie, nie?
Czas na czytanie zawsze jest czasem ukradzionym. (Tak samo zresztą jak czas na pisanie czy czas na kochanie).
Ukradzionym czemu?
Powiedzmy, obowiązkowi życia.[…]
Gdyby tak za każdym razem rozpatrywać miłość pod kątem naszego rozkładu zajęć, kto by w ogóle ryzykował? Kto ma czas na bycie zakochanym? A przecież, czy ktoś kiedy widział, by zakochany żałował czasu na miłość?
Nigdy nie miałem czasu na czytanie, ale też nigdy nic nie mogło mnie powstrzymać od dokończenia książki, która mi się podobała, w której… się zakochałem.
Czytanie nie podlega systemowi czasu społecznego, ono jest, podobnie jak miłość, sposobem bycia.
Rzecz nie w tym, by stwierdzić, czy mam czas na czytanie, czy też nie (czas, którego zresztą nikt mi nie podaruje), ale czy pozwolę sobie na przyjemność bycia czytelnikiem.
Ten cytat dokładnie oddaje to, co ja zawsze sobie myślę, gdy ktoś zadaje mi pytanie: Skąd masz czas by aż tyle czytać? Zresztą, pozwolę sobie odesłać do jednej z moich wcześniejszych notek. Choć książka Pennaca nie do końca mnie zadowoliła, bo nastawiałam się chyba na coś więcej, choć momentami wiało mi nudą, to pod tym jednym względem rozumiemy się z autorem doskonale ;))
[Daniel Pennac, Jak powieść, Warszawa, MUZA SA 2007, s. 122-123]