Opowiadania zawsze są dobrym pretekstem do poznania próbki twórczości danego autora. A że autorów, którzy napisali teksty do tej antologii znałam dotąd niewielu, postanowiłam spróbować.


Zaczęło się nieźle. Chutnik rozpoczęła zbiór ładnym (tak, właśnie ładnym) opowiadaniem. Swoimi bohaterkami uczyniła dwie kobiety, które w obliczu straty, dla każdej z nich czegoś innego, ale równie bolesnego, zbliżyły się do siebie nieco bardziej niż powinny. Podobało mi się, naprawdę. Dotąd kojarzyłam autorkę z czymś mocnym, bezkompromisowym, może nawet wulgarnym, a tu… totalna niespodzianka. Chutnik nie wyszła poza granice dobrego smaku, nad jej opowiadaniem unosi się delikatna mgiełka namiętności, za jaką na co dzień zdajemy się tęsknić. 

Po takim wstępie nabrałam wielkiej ochoty na poznanie dalszych tekstów. Bo i nazwiska znane, i powszechnie lubiane, i chwalone wielokrotnie, w różnych kręgach. Pomyślałam, że może być już tylko lepiej.

Nie było. Na tle pozostałych dziewięciu opowiadań wybija się tu jeszcze jedynie tekst Kuczoka, po przeczytaniu którego przetarłam oczy ze zdumienia i szepnęłam sobie pod nosem łał. Mimo oszczędnego stylu, mimo braku fajerwerek w trakcie, pod koniec tak mnie zaskoczył, tak walnął po głowie, że zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie.

Gdybym mogła, z chęcią zatrzymałabym sobie te dwa teksty, resztę ciskając daleko w kąt, bo niestety… reszta zupełnie autorom nie wyszła. Miałam wrażenie, że podjęli się zadania, którego nie potrafili wypełnić. Że zgodzili się na napisanie tekstów, przy pisaniu których po prostu się męczyli. Że postanowili napisać coś, na co zupełnie nie mieli pomysłu. Albo, nawet jeśli pomysł mieli dobry (bo i kilku takich było), to zupełnie nie wiedzieli, od której strony go ugryźć. A przy tych ich staraniach, koniec końców, zmysłowości, obiecanej przez wydawcę, w tym tyle, co kot napłakał. 

Przy pierdzących duchach Gretkowskiej nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Nie miałam pojęcia co przez swoje opowiadanie chciałby przekazać Twardoch. Tekstu Dukaja zaś nie byłam w stanie doczytać. Dla mnie to był zupełny kosmos i choć początkowo byłam pełna zaparcia i silnej woli, to w połowie totalnie wymiękłam, dochodząc do wniosku, że za długie to jest, bym tak się męczyła.

Tak sobie myślę, że jeśli czytelnik czuje, że dana książka nie ma prawa się mu spodobać, to zwyczajnie po nią nie sięga. Więc chodzi mi po głowie tylko jedno pytanie: po jaką cholerę autorzy biorą się za tematy, z którymi najwyraźniej nie potrafią sobie poradzić?

Recenzja opublikowana na granice.pl

Sylwia Chutnik, Rafał Dębski, Jacek Dukaj i in., Zachcianki, Warszawa, Świat Książki 2012.