Nie mam czasu na czytanie! A ci, co czytają sto książek rocznie, to chyba nie mają żadnych obowiązków! Ile razy ktoś Wam zarzucił, że nie robicie nic, tylko leżycie do góry brzuchem i czytacie całe dnie? Ile razy już to słyszeliście? Ja chyba zbyt wiele i kolejnego mogę już po prostu nie znieść ;).

Ja też lubię wytłumaczyć się czasem. To jest dobre wytłumaczenie. Mogę zrobić z siebie ofiarę, złapać się za głowę, załamać ręce i westchnąć jaka to jestem zarobiona po pachy, jaka zmęczona, jak mi źle. To brzmi naprawdę fajnie i wstyd przyznać, ale często to wykorzystuje. Nie oglądnę polecanego przez znajomych filmu, bo nie mam czasu. Nie pójdę na imprezę, na którą mnie zaprosili, bo nie mam czasu. Nie przeczytam książki, bo nie mam czasu. Tyle, że prawda jest taka, że moje nierobienie najczęściej nie wynika z braku czasu, ale… chęci. 

Czas wbrew pozorom zawsze się znajdzie. I nie piszę tego jako osoba całe dnie leżąca do góry brzuchem i pozbawiona totalnie życia towarzyskiego. A nawet jeśli bym nie studiowała, nie pracowała, nie miała znajomych i faceta, który też czasu się domaga, to wystarczy popatrzeć na inne mole książkowe, które studiują, pracują, zajmują się domem, mają męża, dwójkę dzieci i mnóstwo przyjaciół, a jednak… czytają! Jak to możliwe, że jeszcze mają czas?! Czyżby ich doba była dłuższa niż tych, co czasu nie mają? Nie… Wystarczy ustalić sobie pewne priorytety, wprowadzić pewne pozytywne nawyki, a życie od razu stanie się prostsze. 

Pewnie, czasu na czytanie, przynajmniej w moim przypadku, nigdy nie będzie tyle, ile by się chciało. Zawsze będzie go za mało, ale… istnieją sposoby, które pozwalają go sobie dorobić.

Po pierwsze – toaleta. Ja wiem, to może zabrzmieć śmiesznie, ale przecież tak czy siak musimy choć parę minut dziennie na klopie posiedzieć, nie ma się co zaperzać, to ludzkie. Ręce mamy wtedy zupełnie wolne, oczy też bezwiednie latają po ścianach, więc jaki problem wsadzić w te ręce dobrą książkę, a wzrokiem zamiast po ścianach wodzić po literkach? Pewnie, to na ogół niewiele czasu, ale zawsze coś i pewnie samo to na spokojnie wystarczyłoby do przeczytania około jednej książki miesięcznie. 

Po drugie – komunikacja miejska. Wiem, są szczęśliwcy, którzy do szkoły/pracy/na uczelnie mają całą minutę drogi na piechotkę i można im tylko zazdrościć, ale większość z nas spędza od kilku minut do kilku godzin dziennie w środkach komunikacji miejskiej. Zamiast siedzieć i wgapiać się w mijaną codziennie drogę, sprawdzając czy coś się na niej przez ostatnią dobę zmieniło, można wgapić się w książkę. Można? Noo, czasem jednak nie można… Bo tłumy, bo literki skaczą, bo coś tam. Uwierzcie, jako osoba z chorobą lokomocyjną wiem doskonale, że skaczące w autobusie literki nie są dobrą rzeczą i mogą doprowadzić do niechcianego, ekhm… wypadku, ale ja znalazłam i na to sposób. Wkładam do uszu słuchawki i zamiast tupać nóżką przy ulubionej piosence, słucham sobie książki! I wbrew opinii co niektórych ja audiobooki, uważam za pełnoprawne książki. Poświęcam na nie czas, poznaje nowe historie, a że zamiast oczu, wykorzystuje uszy? No i co z tego? Przecież liczy się efekt 😉 Swoją drogą, to też chyba dobra opcja dla osób korzystających z samochodów.

Po trzecie – każda wolna chwila dnia, a ich wbrew pozorom jest naprawdę wiele, tyle, że nie zawsze potrafimy je wykorzystać. To może być przerwa w pracy, okienko między zajęciami, 45 minut (?), które normalnie poświęcilibyśmy na oglądnięcie arcyciekawego odcinka M jak miłość, pół godziny, spędzane w normalnych okolicznościach na wgapianie się w fejsbukową tablicę, albo czas przed snem. I ja właśnie ten czas najbardziej lubię wykorzystywać. 

Bardzo rzadko zdarza się tak, żebym zasnęła od razu po przyłożeniu głowy do poduszki. I w tym nie pomaga nawet zmęczenie. Na ogół muszę się trochę pokręcić, powiercić, poprzewracać z jednej strony na drugą, popatrzeć w jedną ścianę, popatrzeć w drugą ścianę… Ale jak już mi się to znudzi (albo zanim się zacznie), to układam się wygodnie, biorę książkę i czytam. Czasem to tylko dziesięć minut, czasem pół godziny, a czasem więcej, wszystko zależy od stopnia zmęczenia, godziny o której się kładę i tego jak wcześnie muszę wstać następnego dnia, ale wyrobiłam sobie nawyk i już naprawdę ciężko mi zasnąć bez przeczytania przed snem choć jednej strony.

To są moje sposoby. Ale jest też przecież masa innych! Masz małe dziecko? Poczytaj mu przed snem, poczytaj sobie podczas spaceru, pchając wózek na tyle wolno, by literki Ci nie skakały. Lubisz długie kąpiele z pianą? Zabierz książkę do wanny! Pewnie, będziesz musiał uważać, by jej nie zmoczyć, ale to wbrew pozorom nie takie trudne. Haftujesz, wyszywasz, malujesz? Załóż słuchawki na uszy, na pewno przyjemniej będzie to robić przy słuchaniu dobrej książki. Czeka Cię wizyta u lekarza? Weź do poczekalni książkę, przecież i tak spędzisz tam bezczynnie trochę czasu. 

Znaczy… nawet jak się ma mało czasu, to zawsze się go jednak ma. Pewnie, że można go poświęcić na nowy odcinek Klanu, Tańca z gwiazdami i Perfekcyjnej pani domu (bo to takie fajne, jak kogoś zgnoją na wizji), ale można poświęcić też choć cząsteczkę na czytanie. Wystarczy tylko chcieć.

edit

I, żeby była jasność… ta notka nie ma na celu potępienia innych sposobów spędzania wolnego czasu niż czytanie. Ja też lubię oglądać filmy, seriale, ja też spędzam mnóstwo czasu z innymi ludźmi, poza domem, bez książek. Nie chodziło mi o to, żeby zamknąć się w czterech ścianach, odcinając od świata i ludzi, i obsesyjnie przewracać kartkę za kartką. Starałam się pokazać, że tłumaczenie nie-czytania brakiem czasu, jest po prostu słabym tłumaczeniem… ;))