Są takie książki na które bez pomocy innych nigdy byśmy nie trafili, na które bez dobrego drogowskazu nigdy nie zwrócili byśmy uwagi, mijając je beznamiętnie w bibliotece czy księgarni. Taka książką okazał się Zmierzch, a ja po stokroć dziękuję bookfie za jej akcję Wakacje z Theorinem, bo inaczej, mimo tego, że recenzje jego książek migały mi gdzieś od czasu do czasu, nie zwróciłabym uwagi na tego autora.
Akcja książki rozpoczyna się w 1972 gdy Jens Davidsson, sześcioletni chłopiec, wychodzi na alvaret i już nie wraca. Wiemy tylko tyle, że ostatnią osobą, którą widział przed swym zniknięciem był Nils Kant, czarna owca rodziny, człowiek wzbudzający wstręt, odrazę, ale i ogromny strach.
Dwadzieścia lat później, dziadek Jensa, Gerlof dostaje pocztą dziecięcy budzik, który być może należał do jego wnuka, postanawia więc poprowadzić śledztwo na własną rękę.
Powieść Theorina prowadzona jest na dwóch płaszczyznach. Widzimy to, co dzieje się tu i teraz, wraz z Gerlofem i jego córką, Julią, próbujemy rozwikłać zagadkę zaginięcia małego Jensa. Jednocześnie jednak śledzimy historię Nilsa Kanta, przenosząc się początkowo do roku 1936 i śledząc kolejno każde najważniejsze momenty jego życia.
Każda z głównych postaci jest w jakiś sposób interesująca i godna uwagi, każdej z nich było mi żal z zupełnie innych powodów. Gerlofa, bo to musi być straszne gdy mimo ogromnej trzeźwości umysłu ciało powoli zaczyna się buntować i odmawiać człowiekowi posłuszeństwa. Przerażające, gdy wbrew swej woli nie można ruszyć ręką czy nogą, gdy jest się skazanym na pomoc innych, bez której nie można właściwie nic zrobić. Julii, bo jej strata napawała mnie ogromnym smutkiem. Nie wyobrażam sobie jak musi czuć się kobieta, która pewnego dnia traci swe dziecko i zupełnie nie wie co się z nim stało, czy nadal żyje, czy może je już pochować. Jeszcze gorzej, gdy w tym momencie taka kobieta zostaje sama, tak jak Julia właśnie od której mąż odwrócił się już właściwie przed zaginięciem ich synka i której siostra, osoba w której powinna znaleźć wsparcie, uważa ją za wariatkę, która wciąż wierzy w to, że jej dziecko żyje. Co zaskakujące, było mi również żal Nilsa Kanta. To dla mnie postać-zagadka, człowiek, który od początku wzbudzał we mnie wielkie obrzydzenia, ale i jednocześnie ogromne pokłady współczucia.
Istotne w powieści Theorina zdaje się udowodnienie tego, że zło jest bardzo blisko nas, choćbyśmy nie wiem jak starali się przed nim uchronić. Niestety ciężko się z nim nie zgodzić co do tego, że ludzie są dwulicowi, a żeby zachować resztki zdrowego rozsądku musimy uważać także na tych, z którymi jesteśmy blisko, którym ponad wszystko ufamy. Musimy pamiętać o tym, że ludzie, czasem na własne życzenie pielęgnują w sobie nienawiść do bliźniego i ogromną żądze zemsty. Tak ogromną, że momentami potrafi zasłonić wszystko inne.
Theorin moim zdaniem świetnie oddał klimat opisywanego przez siebie miejsca. Stenvik to miasteczko z dosłownie kilkoma zamieszkanymi jeszcze domami, ziejące pustką, otoczone rozciągającym się wszędzie alvaretem, przesiąknięte zimnym wiatrem znad morza. Olandia Theorina jest mroźna, mroczna, mglista, a mnie momentami przechodziły ciarki, choć Zmierzch czytałam na słonecznej plaży (zresztą 232 km od samej Olandii jak mi wskazywał drogowskaz, któremu miałam zrobić zdjęcie po to właśnie, żeby go wrzucić do tej notki, a w końcu zapomniałam).
Książkę przeczytałam w ramach akcji Wakacje z Johanem Theorinem i bookfą, zapominając jednak, że nie wszyscy mają wakacje… do października ;).

Johan Theorin, Zmierzch, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2008.