Złodzieje nieba to powieść oparta na materiale historycznym. Pierwowzorem głównych bohaterów powieści są Max Ernst i Leonora Carrington*. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że już kiedyś wspominałam o tym, że nigdy nie interesowałam się malarstwem, zachwyty nad obrazami i przyglądanie się im godzinami są mi obce, nie powinno więc dziwić, że nazwiska Ernst i Carrington niewiele mi mówią. W obliczu mej ignorancji książkę Prange’a traktowałam więc od początku jak zwykłą powieść, a jego bohaterów jak postacie wykreowane tylko i wyłącznie przez autora, nie przywiązując zupełnie wagi do tego na czyim życiorysie były wzorowane. Co za tym idzie nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. 

Laura i Harry, główni bohaterowie powieści, po raz pierwszy spotkali się na wernisażu otwierającym wystawę poświęconą jego twórczości. Ona, młodziutka, jeszcze nie do końca dorosła, ale już nad wiek dojrzała studentka malarstwa i on, dużo od niej starszy artysta potrafiący zawrócić w głowie niejednej kobiecie, mężczyzna, który nie jest pewny tego, czego chce od życia. Już to pierwsze spotkanie sprawiło, że coś się między nimi zrodziło. Ona rozpoznała w nim Wielkiego Maga, mężczyznę, który miał odmienić jej życie i z którym, wbrew woli rodziców, postanowiła uciec. I uciekła, najpierw do Paryża, później do Sainte-Odile, gdzie odnaleźli swój Dom Czarów. Dom Czarów, w którym mogliby pozostać razem do końca świata, w swym szaleństwie dopóki rzeczywistość ich nie rozłączy.

Złodzieje nieba to powieść pełna miłości, we wszystkich jej odcieniach. To opowieść o miłości, która zdarza się tylko raz, dla której można poświęcić niemal wszystko, której nie chce się dzielić ze światem. O miłości, w której każda szczęśliwa chwila zdaje się chwilą skradzioną niebu. A jednocześnie to powieść przepełniona ogromnym bólem i cierpieniem. Pełna niepewności co do jutra, zwłaszcza w czasie wojny, bo znaczna część wydarzeń rozgrywa się właśnie na jej tle, pełna lęków bohaterów, pełna tego rodzaju szaleństwa, które wybaczyć można tylko artystom i którego w przypadku innych ludzi nie dałoby się zrozumieć. 

Dawno nie czytałam powieści, której bohaterowie wzbudzaliby we mnie tak okropnie sprzeczne uczucia. Okropnie, bo w żaden sposób nie potrafiłam nad nimi zapanować. Z jednej strony wściekałam się na Laurę i Harry’ego, miałam ich serdecznie dosyć, było mi żal każdej bliskiej im osoby, którą potrafili ranić bez mrugnięcia okiem, czasem z przerażającą premedytacją. A najbardziej zaskakujące było to, że potrafili z pełną świadomością ranić siebie nawzajem. To postacie tak strasznie próżne, tak zapatrzone w siebie i tak egoistyczne, że naprawdę nie wiem czy spotkałam się z takim egoizmem w jakiejkolwiek innej powieści. I nie wiem czy w jakiejkolwiek się jeszcze z takim spotkam. Ale jednocześnie, przy tej całej niechęci jaką we mnie wzbudzali, tak bardzo im kibicowałam, tak mocno trzymałam kciuki za ich szczęście, za ich miłość, za to, żeby los pozwolił im być razem. I było mi ich ogromnie szkoda, gdy coś im się nie udawało. Za każdym razem, gdy zmuszeni byli się rozstać ja miałam łzy w oczach.

Momentami naprawdę ciężko czytało mi się tę książkę. Miałam wrażenie, że mam dosyć, że nie dotrwam do końca. Zdarzały się nawet chwile kiedy ze zniechęceniem zerkałam na to ile stron zostało mi do końca. Ale dotrwałam i nie żałuję, a nawet się cieszę. Bo Złodzieje nieba to piękna historia. Czasem odrobinę chaotyczna, czasem odrobinę męcząca, czasem tak szalona, że ciężko się w niej odnaleźć, ale przy tym wszystkim jednocześnie zwyczajnie piękna. Naprawdę warto zagłębić się w niej zaczytać.

Wielka miłość polega też na tym, że człowiek wie, kiedy się kończy…**

Peter Prange, Złodzieje nieba, Katowice, Wydawnictwo Sonia Draga 2012.

*s. 493

**s. 492