Lubię takie książki. Książki, po których niewiele się spodziewam. Książki, po które sięgam z myślą o kolejnym dobrym, ale niczym nie wyróżniającym się czytadle. I wreszcie książki, które zaskakują mnie zarówno formą, jak i treścią.

Mal w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin postanowił położyć się do łóżka i już nigdy z niego nie wstać, bez podania żadnego konkretnego powodu. Książka rozpoczyna się w dniu Siedem Tysięcy Czterysta Osiemdziesiątym Trzecim, dwadzieścia lat po tamtym zdarzeniu, kiedy Malcolm Ede osiąga wagę 630 kilogramów. Wszystkie wydarzenia, zarówno te współczesne, jak i dzieciństwo Mala (które zresztą też nie należało do całkiem normalnych, bo Mal potrafił zepsuć każdy wyjazd, trochę nerwów i dostarczyć odrobinę wstydu rodzicom w najmniej oczekiwanych momentach) i wszystko co doprowadziło go do tego stanu, poznajemy z perspektywy jego młodszego o dwa lata brata. Brata, którego imienia nie poznajemy, brata prawie, że niewidzialnego, brata stojącego wiecznie w cieniu, po prostu Brata Malcolma Ede, jak wszyscy zwykli go nazywać.

Ludzie śledzący historię Malcolma, media, momentami nawet jego rodzina zdaje się zadawać tylko jedno pytanie: Dlaczego? Ja też zadawałam je sobie bez przerwy, ale wcale nie w stosunku do Mala. Ja zastanawiałam się nad tym dlaczego jego matka nic nie zrobiła, albo wręcz przeciwnie… dlaczego zrobiła tak dużo, na tyle dużo, by jej syn dostając wszystko na tacy, prosto do łóżka nie musiał już nigdy więcej z niego wstawać.

A przede wszystkim pytałam o drugiego brata, tego niemalże niewidzialnego. Pytałam dlaczego, po co, w jakim celu. Pytałam co takiego spowodowało, że ten normalny przecież mężczyzna zdecydował się na wieczną stagnację, na życie obok człowieka powoli przemieniającego się w wielkie monstrum, który zamiast życia pełną piersią wybrał powolną śmierć we własnym łóżku. Jak to możliwe, że ktoś decyduje się na codzienne oglądanie czegoś, co nie raz wywoływało w nim uczucie obrzydzenia. Zastanawiałam się nad tym niemal przez całą lekturę, otrzymując koniec końców odpowiedź dość banalną, a jednocześnie naprawdę piękną w swej prostocie.

Łóżko wbrew pozorom nie jest tylko opowieścią o chorobliwym obżarstwie i o buncie jednostki, której wydaje się, że może coś zmienić. To przede wszystkim opowieść o miłości. Wielkiej, ale jednocześnie wiążącej nam ręce, odbierającej oddech i chęci do jakiegokolwiek działania, o miłości totalnie wyniszczającej, takiej, której nigdy w życiu nie chcielibyśmy doświadczyć. Dziewczyna uzależniona od chłopaka, z którym nie może być. Chłopak zakochany w dziewczynie brata, z którą nie może zbudować szczęśliwego związku. Mężczyzna cierpiący po odejściu tak bardzo, że nie może się odnaleźć, czekający wciąż na jej powrót. Matka, która z miłości do syna potrafi zrezygnować z własnego życia. To właśnie te relacje na których skupia się Whitehouse. I udaje mu się to naprawdę świetnie.

David Whitehouse, Łóżko, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.