Co za książka! Momentami ohydna, na swój sposób przerażająca, choć w żaden sposób nie można zaliczyć jej do literatury grozy przecież. Inna sprawa, że… no cóż, już dwa razy zmieniałam jej ocenę na biblionetce (bo tam oceniam, odkąd pamiętam, taki nawyk i już, ciężko się go wyzbyć). W każdym razie początkowo miałam ochotę dać jej 2,5. Koniec końców, przechodząc po połówkach i odczekując trochę przed zabraniem się do tego tekstu, stanęłam na 4, bo choć wiem, jestem pewna, że nie chce jej już nigdy więcej trzymać w rękach, a styl autora zupełnie nie jest tym co lubię, to jednocześnie dostrzegam wartość Krainy traw i wiem, że, czegokolwiek bym o niej nie napisała, dosyć mocno dała mi po głowie.

Jeliza-Rose to dziecko wychowywane przez dwójkę narkomanów. Matka jest tłustą, wiecznie niezadowoloną kobietą. Ojciec to podstarzały rockman, który dawno stracił jakiekolwiek perspektywy. Sama Jelize-Rose zaś to dziewczynka ogromnie zaniedbana, niechodząca do szkoły (gdyż ojciec nie widzi w tym najmniejszego sensu), a jej głównym zadaniem domowym jest poranne przygotowanie strzykawki dla mamusi i tatusia, ewentualnie wieczorne jej zdezynfekowanie. Już samo to brzmi koszmarnie, a z każdą kolejną stroną jest coraz gorzej. Bo oto jej matka umiera, a ojciec w strachu przed policją, która może oskarżyć go o celowe podanie zbyt dużej dawki, pakuje manatki, zabiera córkę i wyjeżdża do Teksasu, ukrywając się w domu swej matki położonym gdzieś na zupełnym odludziu. Tam wcale nie jest lepiej, bo tatuś nie rezygnując z codziennego walenia w żyłkę pewnego dnia się nie budzi, co szczerze mówiąc Jelize-Rose wcale nie rusza, bo jest pewna tego, że to zwyczajny narkotyczny trans, nie pierwszy przecież w ich życiu.

Tu zaczyna się podróż przez wyobraźnie bohaterki, w której obecne są gadające głowy lalek czy wywołujący gęsią skórkę Człowiek z Bagien. Od tego momentu ciężko już wyczuć co jest prawdą, a co wytworem fantazji, co rzeczywistością, a co nieudolną próbą chronienia się przed nią.

Przerażające jest to, że tak małe, bo dopiero jedenastoletnie dziecko, może tak bardzo pragnąć śmierci matki i nie jest to pragnienie zupełnie abstrakcyjne, bo Jeliza-Rose naprawdę się cieszy, gdy jej matka umiera. I okazuje tę radość na wszelkie możliwe sposoby. Jasne, ciężko się tym uczuciom dziwić, ale chyba nigdy nie będę w stanie zrozumieć, jak można własne dziecko, noszone przez 9 miesięcy pod sercem, doprowadzić do takiego stanu. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że takie matki są, że nie są wcale wymysłem autora, tylko faktycznie istnieją.

Początkowo próbowałam się wczuć w ten świat tworzony przez Cullina, próbowałam załapać tok myślenia Jelizy-Rose, ale im dalej czytałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że wcale nie chcę się w to wczuwać, ani troszeczkę nie chcę w to wszystko wsiąkać. Nie chcę sobie wyobrażać tego domu, gdzieś na odludziu, skąpanego w prażącym słońcu, w którym czuć tylko odór rozkładających się zwłok. Nie chcę budować sobie obrazu jedenastolatki miziającej się z dorosłym upośledzonym facetem.

Jednocześnie usilnie nie chcę wierzyć w to, że są takie rodziny, że są takie dzieci. Samotne, odcięte od rówieśników, uciekające w świat wyobrażeń i nie potrafiące się odnaleźć w normalnym świecie, chociażby dlatego, że nie mają pojęcia o tym jak ten normalny świat funkcjonuje. Odcinam się od tej świadomości, uciszam ten głosik szepczący mi, że takich rodzin są setki.

Co do samej książki, nie mogę odmawiać jej wartości. Zgodnie z sumieniem napiszę więc, że książka jest dobra, temat z pewnością ważny, ale mimo tego klimat… zdecydowanie nie mój.

Mitch Cullin, Kraina traw, Warszawa, Prószyński i S-ka 2000.