Tak bardzo chciałam ten film wszystkim polecić, tyle dobrego chciałam o nim napisać, że okazuje się nagle, że minął prawie miesiąc, a ja nadal nie napisałam nic i nie wiem czy coś mi wyjdzie, jak dzisiaj zacznę, bo na myśl wciąż ciśnie mi się tylko jedno: świetny jest, oglądnijcie! 

Mamy lata 50-te i pozornie szczęśliwe małżeństwo, mieszkające razem z dwójką dzieci na przedmieściach Connecticut. Ona, April, jak to kobieta powinna, siedzi grzecznie w domu, utrzymując w nim względny porządek, zajmując się dziećmi i czekając dzień w dzień na powrót Jego, czyli Franka, z pracy. Pracy, w której on, zdaje się, ugrzązł na dobre i która zapewniając rodzinie życie na odpowiednim poziomie, skutecznie zdaje się tłamsić jego marzenia. Jej przy okazji też. Głównie z inicjatywy April, ale jednak wspólnie postanawiają coś z tym zrobić, rzucić wszystko, co dotychczas sobie wybudowali i wyjechać do Francji, gdzie Ona wreszcie będzie mogła się spełnić zawodowo, On zaś będzie mógł zapomnieć o presji utrzymania żony i dzieci, i w spokoju zacznie realizować swoje dawno zaniechane plany. Nagle jednak na horyzoncie pojawia się wizja awansu, a między małżonkami coraz częściej dochodzi do sprzeczek, z czasem przemieniających się w prawdziwe awantury.

Związek April i Franka sprawia, że w gardle zaczynamy odczuwać nieprzyjemną gulę. Ich relacje zostały przedstawione tak autentycznie, że rzucają widzem o ścianę. Tym mocniej, im mocniej uświadomimy sobie, że to nie wymysł reżysera, nawet nie wymysł autora książki ani zasługa skądinąd świetnych aktorów, że to nie wina czasu i miejsca, w jakim akcja się toczy, ale że wiele par żyje w tego typu związkach. Zawieszeni w próżni, w beznadziejnej pustce, nie wiedząc zupełnie w jakim kierunku zmierzają i w którym miejscu zdecydowali się rozpocząć wspólną wędrówkę.

Fascynująca jest scena drogi do pracy, czekania na pociąg, w której zauważyć możemy raz, że samych tylko mężczyzn, dwa, że mężczyzn ubranych zupełnie tak samo. W identyczny płaszcz, z identycznym kapeluszem na głowie. Kobieta, jeśli już pojawi się gdzieś tam w biurze, to okazuje się rzecz jasna głupiutką sekretarką, lecącą do łóżka z każdym, kto mógłby się przypadkiem okazać jej księciem z bajki.

W całym filmie widać to podporządkowywanie się ogólnie przyjętym zasadom. Żaden z bohaterów stara się nie odróżniać od reszty społeczeństwa, nie odstawać w znaczący sposób, nawet za cenę swojego szczęścia. Ważna jest praca? Ok, siedźmy więc w tej pracy od rana do wieczora, zaharujmy się na śmierć, bo tego wymagają od nas inni. Kobieta ma siedzieć w domu? No i dobra, niech siedzi, niech czeka z utęsknieniem, porządkiem i kolacją na męża, który koniec końców i tak przyjdzie któregoś dnia ze śladem szminki na koszuli. 

Urzekła mnie rola Michaela Shannona, który wcielił się w mieszkańca szpitala psychiatrycznego. Jego bezpośredniość, sposób postrzegania świata i wyrażania własnych emocji, bez względu na to, jak zostanie to odebrane przez otoczenie i trafianie w samo sedno problemu fascynuje, ale i w pewien sposób onieśmiela. To zdecydowanie najbardziej zachwycająca z drugoplanowych postaci. 

Podsumowując: świetny obraz ze świetną obsadą (choć za Leosiem akurat nie przepadam, ale ciężko ukryć, że aktor z niego niezły, choć tu tak jakoś na tle Winslet zginął). Wzruszający, wstrząsający, wywołujący ogrom emocji i zostawiający widza z szeroko otwartą buzią. Polecam. A sama na pewno sięgnę po książkę, teraz po filmie, skoro nie udało mi się tego zrobić przed, miejmy nadzieję, że jest równie dobra.