Życie Emily wydaje się być tak typowe, że aż nudne. Po zniknięciu matki, mieszka i zdaje się opiekować własnym ojcem, pomaga siostrze Agacie w domu dziecka, założonym przez jej prababkę, studiuje i pisze pracę na temat żywotów świętych. Właściwie można by przyjąć, że jest wzorem godnym naśladowania. A jednak, ma jedną dość dziwną przypadłość, mianowicie zbiera wycinki dotyczące kobiet-zbrodniarek. Już samo to może brzmieć groźnie, ale, gdy ją poznajemy w dodatku w jej domu zaczyna się dziać coś dziwnego. Dziewczyna czuje, że ktoś ją śledzi, że ktoś ją obserwuje, a różne przedmioty nagle, podczas jej nieobecności, zaczynają zmieniać miejsce. Zaś niedługo później pojawia się u niej dawno zapomniany kuzyn Santiago, z którym połączy dziewczynę żarliwe uczucie.

Akcja powieści toczy się powoli i leniwie. Na tyle leniwie, że były takie momenty, gdzie na chwilę traciłam czujność, a w powietrzu wręcz zaczynałam wyczuwać oszałamiający zapach melonów i rozgrzanych do czerwoności ulic Meksyku. I tylko od czasu do czasu autorka pozwalała sobie podnieść na chwilę napięcie, które zmuszało mnie do ponownego skupienia i przewrócenia kolejnych stron. 

Mimo tego pozornego rozleniwienia, książka ani nie nuży, ani nie dłuży się niepotrzebnie. Wręcz przeciwnie, troszkę się odprężamy, troszkę się odurzamy tymi zapachami i powoli, powoli zapoznajemy się z motywami zabójcy. Bo o tym, co się wydarzy i że ktoś koniec końców zginie, wiemy już od samego początku, a nawet wcześniej, bo przecież wystarczy spojrzeć na wymowny tytuł. Nie wiemy tylko kiedy dokładnie to nastąpi, kto się zabójstwa dopuści i dlaczego właściwie podejmie taką, a nie inną decyzję. 

Każdy rozdział jest oddzielony od kolejnego krótką notką o co rusz innej zabójczyni. Możemy się domyślać, że są to wycinki zbierane przez Emily i faktycznie mogą one nieco urozmaicać całość powieści, a jednak… Coś mi tu w nich nie zagrało i zastanawiam się, czy pełnią jeszcze jakąkolwiek inną funkcję prócz tej, właściwie dekoracyjnej. Początkowo próbowałam sobie je jakoś połączyć, może wspólnym motywem, może wspólną techniką, myślałam, że z samych tych notek coś się też ułoży, ale jednak mam wrażenie, że nie. Choć może coś istotnego zupełnie nieświadomie przeoczyłam. 

Jennifer Clement, Trucizną mnie uwodzisz, Piastów, Mała Kurka 2012.