Czy filozofia musi być nudna? Oczywiście, że nie. Pierwszym dowodem na to, niech będą wykłady z historii filozofii, w których uczestniczyłam na pierwszym roku. Samo to, że miło je wspominam i że chodziłam na nie z niekłamaną przyjemnością (czego o większości wykładów powiedzieć nie mogę) stanowi już niezłą rekomendację. Drugim dowodem mogłaby być książka Roberta Rowlanda Smitha. Ale nie jest. Przynajmniej nie dla mnie.

W kilkunastu rozdziałach, swą budową przypominających jeden dzień, a więc zaczynających się od porannej pobudki i śniadania, poprzez pracę, zakupy, przyjęcia, aż na pójściu spać kończąc, Smith stara się nam udowodnić, że pewne myśli filozoficzne możemy odnaleźć w każdym aspekcie naszego życia. Powołując się zresztą nie tylko na filozofów, ale także socjologów, psychologów, a często zdarza mu się przywoływać również przykłady z filmu czy literatury. 

Na siłowni spotkasz socjologa i historyka Michela Foucaulta, tłumaczącego, dlaczego twoje ćwiczenia stanowią formę kontroli państwowej. Jacques Lacan, psychoanalityk, pomoże ci w zakupach, a gdy wpatrzysz się w lustro w przymierzalni, objaśni niebezpieczeństwa narcyzmu. Kiedy będziesz w pracy, Karol Marks wyszepcze ci do ucha, jak przestać być niewolnikiem pieniędzy.* 

Dowiemy się więc jakie są różnice pomiędzy straganem a centrum handlowym i co łączy to drugie z Internetem. Swoją drogą miło było się dowiedzieć, że karta kredytowa łagodzi ból większości ludzi, bo zawsze wydawało mi się, że to tylko ja mam takie halo, że faktycznie wolę płacić tą kartą niż gotówką, bo wtedy jakoś sobie to płacenie odsuwam w czasie, a przy gotówce często płakać mi się chce. Smith spróbuje także wytłumaczyć dlaczego tak dobrze pamiętamy niemalże każdy dzień urlopu podczas gdy wszystkie pozostałe dni zdają nam się zlewać w jedną całość, jakich chwytów retorycznych używamy przy kłótni z partnerem, choć często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy czy też, co takiego, jaka magia tkwi w telewizorze, że potrafimy nie tylko godzinami się w niego wpatrywać, ale i ciężko nam się oprzeć chociażby zerknięciu na niego, gdy siedzimy w pubie czy na lotnisku. Przyjrzymy się też kilku paradoksom, przy których ciężko się chociażby nie uśmiechnąć. Jak chociażby ten, że w Los Angeles wręcz wskazane jest jechać na siłownie samochodem! A przecież wystarczyłoby odpuścić jazdę i zamienić ją na spacer czy bieg, a ta siłownia już nie byłaby wcale potrzebna. Przy okazji, jeśli dręczą Was takie pytania jak: kto powinien zapłacić rachunek, gdy jesz lunch z rodzicami albo czy zrobienie sobie wagarów od pracy jest naprawdę takie złe, to też warto do książki zajrzeć. Bo to przecież tylko niewielka część tego, co można w niej znaleźć. 

A mimo tego wszystkiego… no cóż, ja już do niej nie wrócę. Mimo swojej prostoty i silenia się na naprawdę lekki ton Śniadanie z Sokratesem niestety do mnie nie przemówiło. Czytałam tę książkę prawie dwa miesiące, bo musiałam robić sobie przerwy, po prostu nie byłam w stanie przyswoić sobie na raz więcej niż rozdział czy dwa. Bardzo możliwe, że to moja wina, że to ja nie mogłam się wciągnąć, skupić, załapać tego toku rozumowania autora. Ale momentami miałam też wrażenie, że on sam jakby się gubił w tym co chce czytelnikowi przekazać. 

Podsumowując, jeśli ktoś lubi szeroko pojętą filozofię i doszukiwanie się mądrości w każdej, nawet najbardziej prozaicznej czynności, Śniadanie z Sokratesem będzie dla niego pozycją wręcz idealną. Ja natomiast dochodzę do wniosku, że swoją znajomość z filozofią powinnam zakończyć jakiś czas temu, razem ze zdaniem egzaminu.

Robert Rowland Smith, Śniadanie z Sokratesem. Filozofia na talerzu, Warszawa, Carta Blanca 2012.

* s. 11