Pearline Portious w poszukiwaniu kupca dla swoich serwetek w najróżniejszych kolorach, których nikt kupować nie chce, trafia do ukrytej przed ludzkim wzrokiem kolonii trędowatych. Znajduje tam nie tylko kupca, ale również schronienie i pracę. Zaczyna wraz z matką Lazarus opiekować się tymi, którzy tego potrzebują. A niedługo później rodzi córkę i umiera. Dziewczynką zaczyna zajmować się wspomniana matka Lazarus, która jednak w dniu jej urodzin obiecuje sobie, że będzie z małą Portious przez kolejne 15 lat. 15 lat i ani dnia dłużej, bo sama jest już tak zmęczona życiem, że nie rozumie dlaczego zamiast niej odeszła Pearline. Tak się zaczyna ta historia, a dokąd zajdzie, tego nikt nie wie…

Może czasami trzeba opowiadać historię zygzakiem, bo jak się ją opowie wprost, to przeleci obok uszu osoby, do której jest adresowana.* 

W powieści Kei Millera mamy dwóch narratorów. Adamine Bustamante, kobietę pochodzącą z Jamajki, która trafiła do Anglii za sprawą pewnego zaprzyjaźnionego pastora. Wysłał ją w daleki świat, w roli żony na zamówienie, dla kogoś, kto kiedyś należał do Odrodzeńców. Adamine nie ma pojęcia kto jest jej ojcem, nigdy nie miała okazji poznać matki, a na dodatek potrafi przewidzieć pewne tragedie, przez co koniec końców trafia do szpitala psychiatrycznego. Drugim narratorem jest Pan Pisarz, o którym wiedzcie tyle, że zapragnął wykorzystać historię biednej dziewczyny z Jamajki. Przynajmniej na początku, bo to czego będziecie mieli okazję dowiedzieć się w trakcie czytania zaskoczy z pewnością każdego. 

Miller właściwie do samego końca trzyma czytelnika w totalnej niepewności. Nie mamy pojęcia co jest prawdą, chyba, że już od początku założymy sobie, że prawd jest tyle ilu bohaterów i jak to w życiu bywa każdy ma swoją, najprawdziwszą. To sprawia, że każda strona jest dla nas totalnym zaskoczeniem, na każdej czeka na nas niespodzianka, bo Adamine często podważa słowa Pana Pisarza, które mieliśmy okazję przeczytać kilka chwil wcześniej. Bardzo lubię takie powieści, niestandardowe i zupełnie inne niż zwykle.

Dodatkowo widać, że autor sprawnie porusza się po fabule, w której czytelnik powoli zaczyna się gubić. Mimochodem porusza też problem rasizmu, gwałtów czy szpitali psychiatrycznych, w których pacjenci są raczej przedmiotami aniżeli ludźmi. Ukazuje ludzką pamięć, która rządzi się własnymi prawami. Która sprawia, że zapominamy najpiękniejsze z chwil, a wywleka na wierzch to, o czym od zawsze chcielibyśmy zapomnieć, to do czego na ogół nikomu nie chcemy się przyznawać. Zaskakuje nas wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy, przedstawiając obrazy, które dawno zdążyliśmy wyrzucić z naszej głowy. 

Ostatnia Kobieta-Wyrocznia to piękna książka, odrobinę baśniowa, odrobinę magiczna, ale jednocześnie pełna jakiegoś takiego trudnego do określenia smutku, który sprawił, że po przerzuceniu ostatniej strony zaczęłam po prostu płakać. 

Polecam każdemu kto lubi nieszablonowe historie.

Na co komu książki, skoro żadna księga świata nie zmieni tego, że niektórzy z nas rodzą się pod kamieniem i za każdym razem, gdy próbują wstać, tylko obrywają po głowie.**

Kei Miller, Ostatnia Kobieta-Wyrocznia, Warszawa, Świat Książki 2012.

* s. 204

** s. 66