
Tak właśnie postępują ludzie. Mówią do ciebie. Mówią od rzeczy. Mówią do ciebie i za ciebie. I w ten sposób nadają ci osobowość, którą określa sposób, w jaki sami ciebie odgrywają. Przez cały czas, kiedy z tobą przebywają, stwarzając ciebie ze swoich własnych pragnień, towarzysza, malca, futrzastego przyjaciela, który kocha swojego właściciela tylko za czułe słówka.*
Chciałabym móc napisać coś innego, ale prawda jest taka, że dawno żadna książka nie wymęczyła mnie tak jak Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe. Dawno już tak obsesyjnie nie sprawdzałam ile też stron zostało mi do końca i nie obmyślałam ile dni zajmie mi jeszcze czytanie tej jednej książki. Dawno też z taką nadzieją nie czekałam na jakiś fragment, który pozwoli na całkowitą zmianę mojego zdania i dawno nie czekałam na zakończenie, po którym mogłabym powiedzieć łał, jednak było warto. No cóż, nie było.
Zaczęło się całkiem znośnie, choć z miejsca przeraziła mnie ilość nazwisk rzucanych to tu, to tam, które jak od razu stwierdziłam, znać powinnam, a nie znałam. Nic to, przebrnęłam przez te kilkanaście pierwszych stron, które skądinąd czytałam już trzeci raz, bo to nie było moje pierwsze podejście do tej książki. W końcu się zawzięłam, przebrnęłam, zrobiło się nawet całkiem przyjemnie, interesująco, mam wrażenie, że tylko po to, żeby przyjemnie zacząć staczać się w dół. I w dół. I jeszcze dalej w dół…
Maf, skrót od Mafioso, to uroczy maltańczyk, prezent jaki Marilyn Monroe otrzymała od Franka Sinatry. Piesek, który w swoim życiu bywał już tu i tam, który niejedno widział i niejedno wie. Maskotka, którą Monroe zdaje się zabierać ze sobą wszędzie, od fryzjera, przez psychoterapeutkę, na wystawnych bankietach, pełnych sław lat 60. kończąc. I niemożliwie wręcz spostrzegawczy obserwator. Za jego pośrednictwem mamy więc okazję bliżej poznać między innymi wspomnianego już Sinatrę, który zdaje się być strasznym gburem, prezydenta Kennedy’ego do granic możliwości oczarowanego sądzoną towarzyszką Mafa, no i ją samą. Marylin, która poznajemy w nie najlepszym okresie jej życia i która chcąc, nie chcąc, jawi nam się jako osoba przejmująco samotna i zagubiona, choć stale przebywająca wśród ludzi.
Widok odległego nocnego nieboskłonu często przynosi pociechę: pozwala nam wierzyć, że wszyscy jesteśmy w równym stopniu samotni.**
Maf, stara się rozmawiać z ludźmi, ale w międzyczasie wdaje się również w konwersacje z innymi psami, kotami, które mówią tylko wierszem, szczurami, muchami i wszelkimi innymi żywymi stworzeniami, jakie tylko uda mu się spotkać na swej drodze. Filozofuje, rozprawia o współczesnym filmie, często odwołuje się do literatury, szczególną uwagę zwracając na postaci psów, pojawiające się tu i ówdzie.
Jednak mimo całej sympatii, którą obdarzyłam nad wyraz rezolutnego narratora, większość tej książki zwyczajnie mnie wynudziła. Nie wiem czy to za sprawą mozolnego stylu autora czy może ogromnej ilości nazwisk, pojawiającej się na kartach powieści, z których ja łącznie kojarzyłam może z dziesięć, ale były momenty kiedy po prostu głośno ziewałam. I kiedy szczerze cieszyłam się, że nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby w moim pokoju roiło się od much, bo z całą pewnością, prędzej czy później spora ich grupka znalazłaby się w mojej buzi. Mam też wrażenie, że autor troszkę przedobrzył. Gdzieś próbował wcisnąć jakiś wierszyk, w innym miejscu fragment dramatu… A ja się pytam po co to komu, skoro do całości nic tak naprawdę nie wniosło?
Prawda jest niestety taka, że poza kilkoma naprawdę trafionymi spostrzeżeniami, niewiele z tych psich rozważań wynika, a jeszcze mniej zostaje w głowie. Możliwe też, że z powodzeniem można by było czytać tylko co drugą stronę, bo niekoniecznie sprawia to jakąkolwiek różnice.
I właściwie nie wiem komu mogłabym tę powieść polecić. Na pewno nie fanom Monroe, bo czeka ich tylko rozczarowanie.
Andrew O’Hagan, Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe, Warszawa, Świat Książki 2011.
*s. 87
**s. 51