Zawsze przy mnie stój wywołało we mnie multum pozytywnych emocji. Czytać skończyłam tydzień temu, a nadal ciężko zebrać mi myśli, nadal to we mnie siedzi, nadal się kotłuje. Nie wiem czemu, ale zawsze ciężko jest mi pisać o tym, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. A Zawsze przy mnie stój zrobiło. Przeogromne wręcz.

Margot zostaje zabita, nie wie dlaczego, nie wie przez kogo, ale dostaje kolejną szansę – wraca na ziemię jako Ruth. Staje się swoim własnym Aniołem Stróżem, ma okazję jeszcze raz przeżyć swe życie, będzie jej dane śledzić je dzień po dniu. Niestety, wraca w roli obserwatora i mimo szczerych chęci, bo taki życiorys, każdy z nas chciałby zmienić, nie może znacząco ingerować w swój los, choć wie doskonale co ją czeka nie ma wpływu na podejmowane przez Margot decyzji. Jedynym ratunkiem jest podsuwanie jej rozwiązań, szeptanie jej do ucha, śpiewanie pieśni dusz, ale sami powiedzcie… jak często słuchamy głosu serca?

Jess-Cooke stworzyła według mnie kawał dobrej powieści. Cała akcja toczy się płynnie i dynamicznie. Autorka wprowadziła wszelkie możliwe urozmaicenia, ale nie czuć tu ani żadnej przesady, ani chaosu, który przy takim natłoku zdarzeń mógłby mieć miejsce. Wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą splatają, a książka wciąga od pierwszych stron i choć szkoda mi było ją kończyć, to im dalej tym trudniej mi się było od niej oderwać. Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jest już dobrze, że wszystko będzie szło po myśli Ruth, jej życie znów zaczyna się sypać i okazuje się, że jest gorzej niż było, choć wydawało się, że to nie możliwe.

Autorka pięknie według mnie ukazała miłość Toby’ego do Margot. Przedstawiła ją w taki sposób, w jaki chciałaby być kochana chyba każda kobieta. Może odrobinę to wszystko wyidealizowała, może z Toby’ego uczyniła zbyt dobrego człowieka, ale dla mnie to jakby mało ważne.

Ruth obserwująca swoje życie, śledząca je od samego początku uświadomiła mi jak wiele wymazujemy z własnej pamięci, czasem już na zawsze, nigdy więcej o pewnych wydarzeniach nie myśląc. Najgorsze, że nie możemy wybrać tego co chcemy zachować w pamięci, a co wymazać, które dni zapamiętać, które barwy, zapachy, smaki i dźwięki… To zadziwiające jak małą pojemność w gruncie rzeczy ma nasza pamięć, jak wiele rzeczy każdego dnia schodzi na coraz dalszy plan, abyśmy w końcu całkowicie o nich zapomnieli. Ja już teraz nie potrafię sobie przypomnieć tylu dni, które kiedyś przecież wydawały mi się tak ważne. Już teraz, a co będzie za dziesięć lat, dwadzieścia, trzydzieści?

Kolejna rzecz nasuwająca się po lekturze to taka mała refleksja nad tym jak wiele błędnych decyzji podejmujemy każdego dnia, jak bardzo na naszym życiu może zaważyć pójście w drugą stronę i jak bardzo to wpływa nie tylko na nasz los, ale także naszych bliskich. I odwrotnie, jak wielkie znaczenie mają na nas ludzi, z którymi przebywamy na co dzień, ale też ci których spotykamy przypadkiem, w takich czy innych okolicznościach i tacy, którzy pojawiają się w naszym życiu dosłownie na chwilę, po to tylko, by przewrócić je do góry nogami.

I jeszcze nawiązując do tych kluczowych decyzji, czasem podejmowanych dość nieświadomie, obserwując poczynania Ruth, zaczęłam się zastanawiać co ja sama byłabym w stanie zrobić, co poświęcić, by zmienić bieg wydarzeń, by zapobiec pewnym wypadkom, by zmienić przyszłość, jeśli wiedziałabym, że stanie się w niej coś tak złego, albo by w ogóle całkowicie zmienić swoje życie.

Wielki, ogromny wręcz plus za zakończenie, jakie zaserwowała autorka. Brawa dla niej, że nie poszła w cukierkowe rozwiązanie, że obyło się bez słodkości, że sprawiła, że opadła mi szczęka. Do ostatnich stron wierzyłam w to, że zakończy się tak, jak kończy się zawsze, że czeka na nas cudowny happy end, jakiego wszyscy się spodziewają. Jakiego ja się spodziewałam, bo ja, zapewne jak większość czytelników, też chciałam żeby było dobrze, żeby było słodko, żeby wszystko się ułożyło, żeby było jak w bajkach. Myślę, że dzięki temu moje wrażenia są tak dobre.

Czy są tu jakieś minusy? Są! Jest ich pewnie całe multum. Tylko, że dla mnie zawsze najważniejsze będą emocje towarzyszące lekturze. I Zawsze przy mnie stój mogłoby być uznane za największy gniot roku, a ja i tak bym się zachwycała. Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tylu uczuć, dawno o żadnej tyle nie myślałam i nie mówiłam, dawno nie zaangażowałam się aż tak bardzo w losy bohaterów, żeby za każdym razem drżeć o ich życie, gdy dzieje się źle i dawno się tak nie napłakałam. 

Cudowna książka, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji jej czytać – polecam z całego serca! A ja mam nadzieję, że uda mi się prędzej czy później zdobyć własny egzemplarz.

Carolyn Jess-Cooke, Zawsze przy mnie stój, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.