Każda kobieta powinna od czasu do czasu zobaczyć, że ktoś jest dla niej zdolny do wariackich postępków.*

Wziąć sobie za żonę wiedźmę, pff, też mi sztuka. Każdy facet jest na to narażony. Ja, choć do żony mi daleko, już nie raz usłyszałam od mojego M. urocze: Ty wiedźmo, czasem z miłym dodatkiem w postaci oskarżenia o rzucanie klątw różnorakich. Niestety, do Bielaninowej wiedźmy mi daleko. Niestety, bo ona jest prawdziwa. I niestety, bo moje garnki same się nie zmywają, a obiad sam się nie podaje do stołu. Ale też przy okazji nie znikam z łóżka w środku nocy i nie wracam do niego śmierdząca brudnym psem. To na pewno plus, zwłaszcza, że któregoś razu mogłabym nie wrócić. Tak jak nie wraca Natasza, gdy Siergiej w przypływie złości/nieostrożności/głupoty (niepotrzebne skreślić) wrzuca do ognia znalezioną na jej ubraniu sierść.

Dlaczego zniknęła? Nie wiadomo. Jak ją odzyskać? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że błąka się gdzieś w jednym z kilkunastu równoległych światów, w których historia niejednokrotnie zmienia swój bieg i wszystko może się jeszcze zdarzyć. W którym? No cóż… Nie wiadomo.

Tak więc, chcąc – nie chcąc, będzie Sieriożka biegał po tych światach równoległych z aniołem pod prawą, i diabłem po lewą pachą. A to zawita do średniowiecznej Hiszpanii, a to do światu Asgardu, zahaczając też o świat wypełniony magią do granic możliwości. A w tej wiecznej bieganinie zmuszony będzie do walki z Puszczykiem, niespełna rozumu przemieńcem, który ubzdurał sobie, że Natasza należy się jemu.

Moim sercem zawładnął oczywiście Ancyfer i Farmazon, z naciskiem na tego drugiego. Wprowadzanie przez autorów postaci diabłów i aniołów, wiecznie ze sobą walczących, wiecznie się ze sobą kłócących i traktowanie tego wszystkiego z humorem i odpowiednim dystansem jest dla mnie ogromnym plusem. Podobało mi się to u Sadowa, podoba i u Bielanina, i chyba u Bielanina nawet bardziej, bo tu się te ich cechy wymieniają tak zgrabnie, że tworzy się istna mieszanka wybuchowa, gdy anioł szykuje się do bójki, a diabeł nadstawia mu drugi policzek… Ok, z tym drugim policzkiem bez przesady, ale fakt faktem, że momentami można się pogubić w tym, który z nich jest tą jasną, a który ciemną stroną duszy Sierożki. 

Pozostając jeszcze przy temacie postaci: wielkie brawa za wprowadzenie uroczego chińskiego smoka Bot Siu, który wśród wrogów sieje pogrom, a dla przyjaciół jest tak słodki i uroczy, że aż cukier z niego ścieka. To zestawienie jego wielkości, siły i umiejętności z jednoczesną miłością do poezji i brakiem jakiejkolwiek poprawności językowej w tym co mówi sprawa, że wyobraziłam go sobie jako takiego kochanego, puchatego smoczka, do którego od pierwszych chwil chciałoby się przytulić. 

Dużą wagę Bielanin przywiązuje do poezji, której nadaje wręcz magiczną moc. Właśnie poezja jest tu największą bronią Sierożki, dzięki której radzi sobie z olbrzymami zamieszkałymi Jotunheim czy stadem wściekłych wilków. I o ile fanką samej poezji nie jestem, na ogół jej nie doceniam, rzadko kiedy rozumiem, o tyle w magię słowa wierzę bardzo mocno. I choć wypowiadając pewne słowa na głos nie sprawimy, że nagle wokół nas pojawi się grupa przyjaciół gotowych nas wesprzeć, to są słowa, które potrafią zmienić bieg wydarzeń, które potrafią nam pomóc lub nas pogrążyć.

W Mojej żonie wiedźmie wszystko dzieje się szybko, akcja nie zwalnia ani na minutę, za to autor wydaje się być niekończącą się kopalnią nowych, zaskakujących pomysłów, które dodatkowo urozmaica przez liczne odniesienia do historii czy mitologii. A cała historia doprawiona jest taką dawką dobrego humoru, że nie sposób choć raz przy lekturze nie wybuchnąć śmiechem.

Kolejne spotkanie z rosyjską fantastyką uważam za bardzo udane, na pewno spotkamy się jeszcze nie raz.

Andriej Bielanin, Moja żona wiedźma, Lublin, Fabryka Słów 2009.

*Tamże, s. 453.