Ostatnio pochłaniam opowiadania w zadziwiającej ilości. Jakoś łatwiej skupić mi się na krótszych tekstach. Tym razem padło na zbiór utworów poświęconych starości i upływowi czasu. Głos zabrali różni autorzy, niektórzy już mi znani, chociażby ze słyszenia, niektórzy zupełnie nowi.
Pierwszy raz miałam tak, żeby szczęka mi opadła już przy pierwszym tekście… A tu nie dość, że szczęka opadła to jeszcze ręce się załamały, kolana ugięły. Bynajmniej nie z powodu stylu autorki czy beznadziejności pomysłu. Nie, ich nie będę się czepiać, choć nie jest to najlepsze opowiadanie ze zbioru. Ale to wiek bohatera wywołał taką reakcję. W końcu miało być o starości, a tu facet czterdziestoletni… Jednak czytając pozostałe opowiadania okazało się, że ta czterdziestka wcale nie pojawia się tak rzadko. Ach, może faktycznie jest coś w tym, że mamy tyle lat na ile się czujemy.
Wracając jednak do samych bohaterów, mamy tu cały ich kalejdoskop! To ludzie czterdziesto-, pięćdziesięcio-, dziewięćdziesięcioletni. Ludzie, którzy w różnoraki sposób przyjmują swoje starzenie się. Czasem z uśmiechem na ustach i swego rodzaju ulgą, czasem z wielką rozpaczą i chęcią całkowitego zniknięcia.
Niektóre opowiadania podobały mi się bardziej niż inne, wybijały się jak dla mnie dość znacząco.
Beata Rudzińska, której bohaterką jest kobieta-matka widząca upływający czas, dostrzegająca swoje starzenie się na podstawie dorastania córki. Córki która w przeciwieństwie do niej staje się coraz piękniejsza. Pomyślałam przy tym o własnej mamie, zastanawiając się czy ona też tak na mnie patrzyła, czy widząc jak dorastam odczuwała ten sam żal, tęsknotę za własną młodością i strach związany z tym, że nie jest w stanie minionych lat odzyskać. Zastanawiałam się czy ja też będę w ten sposób patrzeć kiedyś na swoją córkę…
Grażyna Plebanek ujęła mnie swoim przedstawieniem miłości. Pięknie pokazała przywiązanie i tęsknotę za kobietą, której nie potrafiło się docenić za życia, której nie potrafiło się traktować należycie, tak jak by na to naprawdę zasługiwała.
Agnieszka Drotkiewicz wzruszyła mnie swoim panem Pochotnikiem, ponad sześćdziesięcioletnim, niewidomym mężczyzną, który podczas spacerów ze swoją opiekunką oprowadza ją po znanych mu miejscach. Choć miejsca te już dawno się zmieniły, już dawno nie wyglądają tak jak on je widzi.
Włodzimierz Kowalewski powalił mnie na kolana swoim Władysiem. Mężczyzną, który myli rzeczywistość z wyobrażeniami, który widzi rzeczy dawno już zapomniane, spotyka ludzi, których dawno już nie ma. Mężczyzną, który sam się w tym wszystkim gubi.
U Joanny Stróżniak sposobało mi się podejście do tematu od drugiej strony. Uwięzienie młodej dziewczyny w ciele staruszki, niezdolnej do jakiegokolwiek ruchu, mającej problemy z mówieniem. To niestety prawda, że na ogół nie zauważamy upływu czasu, nie dostrzegamy tego co mija bezpowrotnie, nie zwracamy uwagi na wszystkie szanse jakie po drodze tracimy i wydaje nam się, że starość i niedołężność jest przecież tak odległa.
Niestety, we Wbrew naturze znajdziemy również opowiadania dużo słabsze, takie które nie wzbudzą w nas żadnych emocji, a nawet takie przy których zaczniemy się zastanawiać jakim cudem znalazły tu swoje miejsce. Ja jednak polecam ten zbiór, dla tych kilku utworów, które podnoszą wartość całości, dla tych kilku utworów, które zmuszają do zastanowienia się nad własnym podejściem do tego co nieuniknione.
Aida Amer i in., Wbrew naturze, Liszki, Wydawnictwo AMEA 2010.