Przed państwem Amelie Nothomb w wydaniu science-fiction. Niemożliwe? A jednak.

Nothomb kolejny raz właśnie siebie uczyniła główną bohaterką powieści. W niezobowiązującej rozmowie ze znajomym, poprzedzającej ważna operację, stawia hipotezę jakoby Pompeje miały być zniszczone przez ludzi z przyszłości. I może czasem nie warto dzielić się wszystkimi swoimi spostrzeżeniami, nie warto wypowiadać ich na głos, bo może się okazać, że przez swoje niewinne domysły dla przyszłych pokoleń możemy stanowić zagrożenie.

Autorka po operacji budzi się nie w łóżku szpitalnym, ale w wielkiej sali we wnętrzu bazyliki. I to niekoniecznie 8 maja 1995 roku, a 2 maja 2580. Zostaje przeniesiona do przyszłości, aby ludziom sobie współczesnym nie zdradzić tego co dopiero ma się zdarzyć. Do ubrania dostaje peplum, bynajmniej nie dlatego, że wróciło ono do łask, ale ponieważ w dwudziestym szóstym wieku nic innego do ubrania nie ma. Ludzie noszą na sobie hologramy, nawet podczas wydalania i kopulowania, gdyż ściąganie i zakładanie chociażby zwykłych dżinsów prowadziło do zużywania zbyt wielkich nakładów energii, na co świat nie mógł sobie pozwolić. Mało tego, okazuje się, że Amelie zmuszona będzie poddać się testom, które zakwalifikują ją do którejś z warstw społecznych. I o dziwo, nie są to tylko testy na inteligencje, bo żeby należeć do elity trzeba również wyróżniać się dość sporym ilorazem… estetyki. Czy też urody, jak wolicie. Powoli też zacznie poznawać historię i w końcu, mimo wielkich oporów Celsjusza (jej opiekuna czy też strażnika) dowie się co takiego wydarzyło się w dwudziestym drugim wieku, że świat diametralnie się zmienił.

Choć może należy sobie zadać pytanie, czy faktycznie zmienił się aż tak bardzo?

Podobał mi się obraz Nothomb, który wyłania się z tej książki. Bo wiele tu jest o podejściu recenzentów do jej książek, o odbiorze ich przez czytelników, o wrażeniach jakie wywołują. I jest to obraz, dzięki któremu coraz bardziej autorkę cenię. Patrzy ona na siebie w zasadzie z przymrużeniem oka, świadoma swoich wad i słabości, choć podświadomie nadal pragnąca być odbierana jako autorka choćby dobra. Bo przecież przetrwanie jej książek przez kolejne kilkaset lat byłoby już czymś zbyt wielkim, o ile nie niemożliwym. 

Ale niestety, dziś nie będę się prozą Nothomb tylko i wyłącznie zachwycać. Zdaję sobie sprawę, że to co teraz napiszę może się wydać dość niedorzeczne patrząc na objętość książki, ale jednak… odczuwałam pewne dłużyzny. W pewnym momencie słowne przepychanki Amelie i Celsjusza, początkowo nawet całkiem zabawne, w końcu zaczęły mnie nudzić, tak po prostu. Zawiłe tłumaczenia tego drugiego doprowadzały do rozpaczy, bo okazało się, że ja też niewiele rozumiem z tego co ma on do przekazania. Przykro mi to pisać, ale to niestety jedna z gorszych książek belgijskiej pisarki. 

W każdym razie doczytałam do końca, ciekawa byłam rozwiązania sprawy. Chciałam się dowiedzieć jak Amelie zakończy swój ponad stustronicowy dialog z Celsjuszem. Czy wszystko okaże się snem, działaniem narkozy, dziwnym wyobrażeniem, rozmową wymyśloną na poczekaniu podczas leżenia na sali operacyjnej. I przyznać muszę, że zakończenie wypadło dość pozytywnie, bo autorce udało się mnie zaskoczyć… A efekt zaskoczenia zawsze skutkuje dużym plusem. 

Amelie Nothomb, Peplum, Warszawa, Wydawnictwo MUZA SA 2004.