Skandynawia to jedno z tych miejsc, które fascynuje mnie od lat. Jest dla mnie niewyobrażalne to, że o północy może gdzieś świecić słońce, a podczas wybranych miesięcy nie ma problemu z zobaczeniem zorzy polarnej. To musi być cudowne uczucie, to pewnie coś na co warto czekać całe życie, ale… nie wiem czy kiedykolwiek zdobyłabym się na podróż w tamte rejony. Mogę o nich czytać, mogę oglądać zdjęcia i mam wrażenie, że to mi póki co wystarczy. Co tu dużo mówić, to zdecydowanie nie klimat, w którym czułabym się dobrze. Dlatego tym bardziej podziwiam tych, którzy się na takie wyprawy decydują, a już tym bardziej jeśli w mroźną podróż decydują się zabrać czternastomiesięcznego szkraba.
Jak to się mówi, dla chcącego nic trudnego. Wystarczy kamper (też bym takim nie wzgardziła, swoją drogą), kilka zabawek dla Miśka, spory zapas jedzenia, ciepłe ciuszki, dużo optymizmu i odwaga, by postawić ten pierwszy, najtrudniejszy krok. A potem jazda! Dania, Finlandia, Szwecja, Norwegia… Foki w ich naturalnym środowisku, stada reniferów na wyciągnięcie ręki, domki z dachami obrośniętymi trawą, rzeki, lasy, fiordy. A to wszystko tak niesamowite, tak niewyobrażalne, że aż chciałoby się autorce podziękować, że napisała, że podzieliła się wrażeniami, dzięki czemu taki tchórz jak ja, może odbyć podróż nie wyściubiając nosa za drzwi.
Aldona Urbankiewicz zaserwowała nam mnóstwo ciekawostek historyczno-geograficznych, okraszonych własnymi zachwytami tymi niezwykłymi krajami, które udało się jej rodzinie odwiedzić w ciągu zaledwie osiemnastu dni. Zaprowadziła nas do chatki Mikołaja, pokazała cudowne wodospady i miejsca, wydawałoby się, zupełnie opustoszałe. Co najważniejsze, pokazała to wszystko nie tylko czytelnikom, ale przede wszystkim swojemu Miśkowi, który choć w większości nieświadomy, za kilka lat będzie jej z pewnością niezmiernie wdzięczny. Mam wrażenie nawet, że nie za to, że będzie mógł te wspomnienia poczytać, że być może stanie się kimś ogólnie rozpoznawalnym, ale chyba najbardziej za to, że ma rodziców, którzy nie pozwolili na to, by stał się on dla nich jakąkolwiek przeszkodą.
Dziecko nie jest przeszkodą. Bywa czasem alibi na brak odwagi w realizacji pasji. Bywa blokadą w spełnianiu marzeń. A nie powinno. Świat, w którym pojawia się dziecko, nie staje się gorszy. Staje się tylko inny. Szczęście, jeśli będzie chciało nas opuścić, może zrobić to już za rogiem naszego domu.*
Niesamowicie podobało mi się podejście autorki do synka. To, że nie rozpływa się w zachwytach nad własnym dzieckiem, nie traktuje go jak największego cudu. Nie, potrafi tupnąć nogą, potrafi powiedzieć, że ma wszystkiego dość, że jest zmęczona, że momentami brakuje jej już sił. Mało tego, robi to przecież publicznie! Wielkie brawa!
Mimo kilku zdań rozpoczynających się od „No…”, przy których zaczynałam zgrzytać zębami, bardzo podobał mi się styl Urbankiewicz. Niewymagający, prosty, a momentami wywołujący nie tylko uśmiech, ale i wybuchy śmiechu.
Wielki plus dla wydawnictwa za multum zdjęć, nie spodziewałabym się ich zwłaszcza, jeśli spojrzeć na niewielki format książki. Minus za brak mapki. Podczas czytania w domu nie ma ona większego znaczenia, wszak wszystko można sprawdzić chociażby w Internecie, ale już przy czytaniu w tramwaju pojawił się dla mnie spory problem. Momentami, przy rzucaniu nazwami miast i miasteczek zupełnie nie potrafiłam się odnaleźć, a podawanie odległości i kierunków niestety niewiele mi pomagało.
Zastanawiam się też po co do podstawowego tytułu dodano podtytuł, sugerujący w dodatku poradnik, którym przecież książka nie jest.
Ta nasza opowieść, która się pisze, to nie przewodnik, nie muszę opowiedzieć tu o wszystkim, to moje życie, ja je piszę, w taki, a nie inny sposób. To moja droga. Moja historia. Każdy powinien mieć swoją.*
Ocena 4,5/6
Aldona Urbankiewicz, Z Miśkiem w Norwegii. Jak łatwo i tanio podróżować z dzieckiem, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.
*Tamże, s. 14.
**Tamże, s. 182.