Kiran Sharma nie jest zwykłym chłopcem, choć pozornie nie różni się niczym od swoich rówieśników. Przy bliższym poznaniu wychodzi na jaw, że mimo zamiłowania do pisemek pornograficznych, bliżej mu jednak do dziewczynki. Otóż Kiran systematycznie odkłada pieniądze na zakup nowych lalek Barbie, podbiera mamie kosmetyki i staranniej niż niejedna kobieta robi sobie makijaż, a także w przeciwieństwie do wybierających koszykówkę kolegów woli uczęszczać na lekcje baletu. Dodatkowo zauważa w sobie podobieństwo do Kryszny, tym wyraźniejsze im bardziej błękitna staje się jego skóra.
Satyal w dość przyjemny, a momentami i zabawny sposób, wcielając się w rolę dwunastoletniego chłopca przedstawia nam świat widziany jego oczami. Świat pełen sprzeczności, w którym tak ciężko znaleźć własne miejsce. Zwłaszcza gdy jest się zbyt amerykańskim, aby przebywać wśród Hindusów i zbyt hinduskim, by znaleźć wspólny język z Amerykanami. Odrębność zarówno religijna, etniczna, jak i seksualna bardzo utrudniają życie, nic jednak nie może być bardziej bolesne od braku wsparcia, zwłaszcza ze strony najbliższych. Bardzo podobało mi się przedstawienie rodziców Kirana, którzy za wszelką cenę starają się udawać, że nie dostrzegają inności jedynego dziecka, podczas gdy widzą to wszyscy inni.
Przez całą lekturę zastanawiałam się jednak gdzie podziało się podobieństwo Błękitnego chłopca do Życia Pi, bo to właśnie jego obietnica zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę. Owszem, znalazłam jeden malutki fragment, w którym Kiran, tak jak Piscine, zastanawia się nad sensem oddzielania od siebie różnych religii w momencie, gdy są one przecież tak bardzo podobne. Faktem też jest, że obydwaj bohaterowie są Hindusami, ale na tym niestety podobieństwa się kończą. Nie ma tu tej łatwości przekazu i tak dużego stopnia wciągnięcia jak przy czytaniu powieści Martela, choć trzeba przyznać, że czytelnik z ciekawością zagłębia się w Błękitnego chłopca, wciąż i wciąż główkując nad tym o co w tym wszystkim naprawdę chodzi, czekając na wielki zwrot akcji i coś co nim wstrząśnie.
To co nie podobało mi się u Satyala to mnogość opisów, porozciąganych momentami do nieprzyzwoitych rozmiarów. Wygląd nauczycielki, opis mieszkania, szczegóły erotycznej sceny w parku. Chwilami miałam wrażenie, że to wszystko służy tylko i wyłącznie zwiększeniu objętości książki. Niemniej jednak nie wszystkich opisów się czepiam. W Błękitnym chłopcu bowiem roi się od hinduskich zwyczajów, obrzędów, potraw, których zapachami jesteśmy aż przesiąknięci, a o których ja mogłabym czytać i czytać.
Podsumowując, nie zwracajcie uwagi na zbyt wygórowane porównania, nie oczekujcie równie zaskakującego obrotu spraw, co u Martela, nie spodziewajcie się literackiego objawienia. Siądźcie w ulubionym fotelu, spokojnie, bez pośpiechu i żadnych oczekiwań zanurzcie się w powieści Satyala, a wtedy z pewnością czymś Was zachwyci. Ja natomiast muszę w końcu wbić sobie do głowy, że zachęty wydawców naprawdę rzadko okazują się trafne.
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Ocena: 4/6
Rakesh Satyal, Błękitny chłopiec, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.