Premiera 4. kwietnia!
Dziewięć wcieleń kota Deweya przez wydawcę określona została jako kontynuacja książki Dewey. Wielki kot w małym mieście. Ja jednak sądzę, że można czytać je w dowolnej kolejności, mało tego, znajomość jednej wcale nie jest niezbędna do przeczytania drugiej. Jedno jest pewne, druga książka napisana przez Vicki Myron dostarczy nam wiele radości i wzruszeń, a przy tym stanie się prawdziwą ucztą zarówno dla fanów bibliotecznego kota, jak i dla miłośników tych stworzeń w ogóle.
Autorka książkę swą rozpoczęła w jedyny właściwy sposób, czyli od krótkiego przypomnienia historii Deweya, która znów zdołała doprowadzić mnie do łez, oraz opisania reakcji, z jakimi spotkała się po wydaniu swojej pierwszej publikacji. Następnie przybliżyła nam dziewięć historii, które czasem bawią, czasem smucą, za każdym razem jednak dając czytelnikowi nadzieję i raz za razem przekonują do korzyści płynących z posiadania futrzastego przyjaciela. Zakładając, że w przypadku kotów można w ogóle mówić o posiadaniu. Mamy więc Evelyn, przez sąsiadów określanych mianem szalonej kociary i jej córki Barbary, która przygarnęła tańczącego na tylnych łapkach Ninję. Larry’ego i Mary Nan, którzy nie mogąc mieć dzieci stali się rodzicami dla całej gromady kotów. Billa, którego wojna w Wietnamie całkowicie odmieniła i pozbawiła wiary w ludzi, a który koniec końców, wsparcie znalazł w Duszku, kocie, który, uwierzcie, dosłownie spadł z nieba. Poznamy także historię Vicki, która szczerze nie lubiąc kotów uratowała jednego z nich w Wigilię Bożego Narodzenia, Lindy, której nikt nigdy nie kochał tak jak jej Ciasteczko, Plebanki, czyli mieszkanki plebanii w Camden, która pracującej tam sekretarce pomogła przetrwać ciężkie chwilę. Wreszcie zataczając koło dojdziemy do historii Rudego, który pewnego dnia siadając Glennowi na piersi przywrócił wiarę w sens jego życia wpływając również na życie samej autorki. W jaki sposób? Przeczytajcie!
Dziewięć wcieleń kota Deweya to zasadniczo książka w całości poświęcona tym fascynującym zwierzętom jakimi są koty. Ja jednak odbieram jako utwór traktujący przede wszystkim o ludziach. Ludziach, którzy spotkali na swojej drodze te właśnie zwierzęta i to w tych chwilach, kiedy najbardziej potrzebowali przyjaciela. To w większości ludzie, wywodzący się z biednych rodzin i małych miasteczek, dla których los niekoniecznie zawsze był życzliwy.
Po raz kolejny Vicki Myron przedstawia nam również małe amerykańskie miasteczka, nie ograniczając się tym razem tylko do jej rodzinnego Moneta oraz Spencer, gdzie obecnie mieszka. Każde z miejsc opisuje zaś z tak wielką precyzją i miłością, że znów chciałabym się tam przenieść, przynajmniej na czas lektury.
Każda z historii zamieszczonych w książce stanowi odrębną całość, można je więc czytać w dowolnej kolejności, a zarówno na początku jak i na końcu każdego z rozdziałów zamieszczone zostało zdjęcie, które tym bardziej przybliża nam głównych bohaterów.
Polecam, bo to kolejna dobra pozycja, obok której szkoda byłoby przejść obojętnie.
Recenzja opublikowana na kobieta20.pl
Ocena: 5/6
Vicki Myron, Bret Witter, Dziewięć wcieleń kota Deweya, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.