Agnieszka Lingas-Łoniewska. Któż jeszcze o niej nie słyszał? Autorka czterech książek, z której każda następna jest lepsza od poprzedniej i wywołuję coraz więcej zachwytów. Ponoć. U mnie zachwytów niestety nie będzie, choć mam nadzieję, że nie wyjdzie też aż tak źle.
Książka zaczyna się dość niepozornie, żeby nie powiedzieć głupiutko. Kasia, na chwilę przed maturą zmuszona zostaje do zmiany szkoły i przeprowadzki do nowej żony ojca, a tym samym do codziennego oglądania Gośki, nowej siostrzyczki, z którą od pierwszych chwil nie może dojść do porozumienia. Żeby było śmieszniej w niedługim czasie zakochuje się w jej (byłym) chłopaku – Krzyśku. Dalszej części możemy się łatwo domyślić, ale schody zaczynają się gdy do szczęśliwego gniazdka, które Krzysiu z Katką próbują sobie uwić przedostają się powoli problemy z zewnątrz związane z nową rodzinką dziewczyny i po części także starszym bratem chłopaka – Łukaszem. Jeszcze gorzej robi się gdy okazuje się, że mimo wielkiej miłości zakochani nie potrafią żyć razem, a ich losy ponownie złączą się dopiero po kilkunastu latach, w dodatku w niezbyt sprzyjających okolicznościach.
Zakręty losu z pewnością nie są żadnym literackim objawieniem. To raczej zwykła historia miłosna, jakich na rynku literackim wiele. I nawet wpleciony tu czy tam wątek narkotykowy tego nie zmieni, głównie dlatego, że na tle tych wszystkich scen miłosnych jest go po prostu za mało. A propos scen miłosnych… ile można? Jeden opis stosunku ze wszystkimi szczegółami jeszcze ujdzie, ale potem robi się to już po prostu nudne, bo to czy wszedł w nią na stojąco czy może jak już przenieśli się na podłogę średnio mnie interesowało. Chociaż może jak zwykle się czepiam, ale co poradzę jeśli wolę lekko zarysowane sceny erotyczne, gdzie niby wszystko pozostaje w domyśle, ale i tak jest lepsze niż opisanie każdego najmniejszego ruchu.
To co drażniło mnie jednak bardziej niż erotyczne scenki to słówko śliczna, pojawiające się dosłownie co chwilę. W pewnym momencie stwierdziłam, że jak jeszcze raz ujrzę tą śliczną to rzucę książką w kąt, nie mówiąc już o tym co mogłoby spotkać kogoś kto odważyłby się tak do mnie powiedzieć. Ja rozumiem wszystkie czułe słówka i naprawdę lubię, gdy mój M. mi słodzi, ale całe szczęście potrafimy zachować jakąś równowagę i wprowadzić w związek także trochę złośliwości, bo nie wiem czy strawiłabym piękności i śliczności na każdym kroku. Jak to mówią, co za dużo to nie zdrowo.
Mimo tego mojego drobnego czepialstwa nie mogę jednak napisać, że powieść mnie nie wciągnęła, bo i owszem prosty język i skomplikowanie losów głównych bohaterów sprawiło, że pochłonęłam ją błyskawicznie, mało tego, były momenty kiedy i łezka w oku mi się zakręciłam, a czasem i z niego wypłynęła. Podobało mi się również przedstawienie losów bohaterów na dwóch płaszczyznach czasowych, tu autorce należą się wielkie brawa za część drugą, tylko błagam o mniej seksu!
Co do bohaterów to o dziwo większą sympatią obdarzyłam tych stojących po ciemniejszej stronie mocy. Lukas czy Gośka byli dla mnie po prostu świetni i żałuję, że było ich tak mało, zastanawiając się jednocześnie ile Lukasa będzie w kolejnych częściach i czy warto po nie sięgnąć. Motyw Anki, matki, która zwalając winę na wszystkich wkoło nie potrafi sobie poradzić z własnym dzieckiem także zrobił na mnie duże wrażenie. I ta przemiana Krzyśka, aż szkoda, że tak łatwo dał się z powrotem złamać.
I tu właściwie mogłabym zakończyć podsumowując całość jako dość przeciętną książkę, ale nie, nie zrobię tego i jestem niemal pewna, że każdy kto zdecyduje się sięgnąć po Zakręty losu i dotrwa do ostatniej strony zmieni zdanie o całości choć odrobinę, bo to właśnie podczas zakończenia autorka grając nam na nosie i wbijając w fotel zdaje się mówić: wydawało Ci się, że jestem taka słaba? No to patrz!
Uważam, że Lingas-Łoniewska ma naprawdę świetne pomysły i szkoda, że tym najlepszym poświęca najmniej uwagi. Gdyby tak nie skupiać się na wątku miłosnym całość mogłaby naprawdę wypaść o wiele lepiej.
Ocena: 3/6
Agnieszka Lingas-Łoniewska, Zakręty losu, Gdynia, Novae Res 2010.