Życie to syf. Każdy kawałek mógłby pasować do układanki, każde słowo mogłoby być miłe, a każde wydarzenie radosne, tyle że tak nie jest. Życie to syf. Ludzie ogólnie biorąc są do dupy.*

Najgłupszego anioła zdecydowałam się przeczytać w związku z wyzwaniem świątecznym, które właśnie wczoraj dobiegło końca. Mam nadzieję, że organizatorka nie pogniewa się na mnie za małe spóźnienie.

Pine Cove to niewielkie, amerykańskie miasteczko, w którym wszyscy się znają. Wpisujące się w kategorię tych miasteczek, w którym każdy z nas choć raz w życiu chciałby się znaleźć. Mnie też małe, amerykańskie, spokojne miasteczka na ogół przyciągają i tym właśnie Pine Cove się wyróżnia – w nim osobiście znaleźć bym się nie chciała. Zwłaszcza nie na parę dni przed Wigilią, gdy stopniowo spokojne, małomiasteczkowe życie zamienia się w świąteczną masakrę.

A wszystko zaczyna się dość niepozornie. Mamy małżeństwo, a właściwie dwie osoby, które kiedyś były małżeństwem i które aktualnie nienawidzą się jak jasna cholera, a mimo tego w razie czego potrafią dojść do porozumienia. I mamy też sympatycznego policjanta, który od czasu do czasu lubi sobie zajarać trawkę, a w międzyczasie zajmuje się wiecznym uspokajaniem owego małżeństwa, ratując tą dwójkę kochających się przecież kiedyś ludzi przed popełnieniem zbrodni. Aż pewnego dnia…

Aż pewnego dnia siedmioletni Joshua wracając do domu widzi jak jakaś niedobra Pani morduje Mikołaja. Pamiętacie swoje rozczarowanie gdy rodzice ze smutnym wyrazem twarzy wyjaśnili Wam, że Mikołaj nie istnieje? Właśnie. To niewątpliwie było przykre, ale dobrze, że Wam powiedzieli, bo to na pewno dużo lepsze niż oglądanie Mikołaja z łopatą wbitą w szyję.

Wreszcie mamy tu tytułowego najgłupszego anioła. Serio, nie chciałabym go spotkać. A już na pewno nie chciałabym, żeby spełniał moje życzenia. Ani świąteczne ani żadne inne. To grozi śmiercią kilku niewinnych osób.

To nie pierwsza czytana przeze mnie książka Moore’a, wiedziałam więc mniej więcej czego mogę się spodziewać. Po wyśmienitym Baranku i trochę, ale jednak nie dużo gorszej Brudnej robocie miałam nadzieję na wiele niekontrolowanych wybuchów śmiechu i wielką poprawę humoru, a co dostałam? Sama nie wiem. Historyjkę bożonarodzeniową, którą ze Świętami łączy, mam wrażenie, tylko i wyłącznie postać Mikołaja. Jakoś mi mało tego Moore’owskiego humoru w Najgłupszym aniele. Albo może książka trafiła na tak zły czas kiedy zwyczajnie nie mogłam się zdobyć przy jej czytaniu na nic więcej niż głupkowaty uśmieszek.

W dodatku spotkała mnie niespodzianka, wcale nie należąca do tych najmilszych. Wyobraźcie sobie czytam tę książkę, już prawie kończę, dochodzę do 288 strony. I co? I nic, właśnie o to chodzi, że nic, bo powieść urwała mi się dosłownie w połowie rozdziału, a zaraz za nią zadrukowana była kolejna strona tytułowa, zaś na samej okładce już znalazła się powtórna strona 28. W tym momencie mogłam się już tylko cieszyć z tego, że żyję w świecie internetu pełnego wszelkich możliwych ebooków i że dzięki temu mogłam książkę spokojnie przeczytać.

Ocena: 3,5/6

Christopher Moore, Najgłupszy anioł. Podnosząca na duchu opowieść o bożonarodzeniowej grozie wersja 2.0, Warszawa, Wydawnictwo MAG, 2006.

*Tamże, s. 269.