Nie wiem jak to się stało, że jeszcze nigdy nie czytałam żadnej z książek Chmielewskiej, tym bardziej biorąc pod uwagę, że mój tato będąc młodszym niż ja teraz zaczytywał się w niej bez opamiętania. W każdym razie te jego książki gdzieś się potem zniszczyły, zgubiły, zniknęły i do czasów mojego dzieciństwa zachowało się gdzieś tylko Wszystko czerwone, które zniknęło równie nagle zanim zaczęłam się twórczością Chmielewskiej interesować. Może gdzieś w zakamarkach piwnicy coś się jeszcze znajdzie, a póki co pozostaje mi biblioteka.

Zaczęłam grzecznie, tak jak się powinno, od pierwszej części cyklu o przygodach Joanny. Joanna, cóż to za kobieta! Roztrzepana, zakręcona, a przy tym sympatyczna jak mało kto. W moim przypadku nie dałoby rady jej nie polubić. Doskonale pamiętałam słuchowisko i teraz sobie myślę, że Joanna Trzepiecińska idealnie wpasowała się w rolę Joanny. Bo wiecie, mi Trzepiecińska już chyba zawsze będzie się kojarzyć z Alutką z Rodziny Zastępczej, a te dwie postacie tym roztrzepaniem naprawdę bardzo mi siebie przypominają.

Joanna kobieta zakochana, przez zupełną pomyłkę nawiązuje znajomość telefoniczną z panem o jakże niskim, seksownym głosie, aż chciałoby się ten głos usłyszeć, serio. A skoro z pierwszym obiektem westchnień ciężko utrzymać kontakt to trzeba klina klinem i tę telefoniczną znajomość zgłębić. Tylko jak to zrobić skoro miły pan za nic nie chce podać swego imienia, że o nazwisku już nie wspomnę, adres, telefon i zawód pozostawiając też pod postacią słodkiej tajemnicy? Ano trzeba wziąc sprawy w swoje ręcę i samemu się wszystkiego dowiedzieć. A mając przy tym odpowiednie znajomości to pikuś, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać, bo pikusiem wcale nie jest. Zwłaszcza gdy okazuje się, że panów jest dwóch, podobnych, prawie takich samych, a ten pan o którym zdobyliśmy interesujące informacje nie jest wcale panem dzwoniącym, a potem dochodzi jeszcze jakiś Szkorbut i tak naprawdę w ogóle nikt już nie wie o co w tym wszystkim chodzi.

I ja też nie wiedziałam. Momentami nie nadążałam za tym wszystkim. Ale kurczę, podobało mi się. I może właśnie ze względu na to, że nie nadążałam, podobała mi się ta prędkość, podobało mi się to całe zamieszanie, podobało mi się przedstawienie myśli Joanny. A nade wszystko podobała mi się sama Joanna, bo to babka z którą można konie kraść, a w śledztwie chętnie bym jej momentami pomogła. Choć w większości to chyba ona by mi musiała pomagać i tłumaczyć jak krowie na rowie, bo jakaś taka nierozgarnięta ostatnio jestem ;). W każdym razie Klin to lektura naprawdę dobra, nie obędzie się bez parskania śmiechem tu i tam, a ja wiem na pewno, że na tej książce moja znajomość z Chmielewską się nie zakończy i już ostrze sobie ząbki na Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Ocena: 4,5/6

Joanna Chmielewska, Klin, Warszawa, Kobra, 2003.