Już sam prolog w tej książce wywołał u mnie szok. Pomyślałam sobie jak to, narrację będzie prowadził pies? Szok jednak minął równie szybko jak się pojawił, reszta książki poprowadzona jest z punktu widzenia dziewczynki, a nawet jeśli byłoby inaczej to i tak podejrzewam, że mało by mnie to obeszło, bo książka wciąga tak bardzo, że ani się obejrzałam a już byłam przy jej końcówce.
Liz niedługo skończy szesnaście lat, przed nią bal na który z pewnością ktoś ją w krótkim czasie zaprosi, będzie mogła wybrać sukienkę, być może zakocha się w chłopcu, który będzie jej podczas balu towarzyszył, może będą ze sobą jeszcze długo, założą rodzinę, a może po prostu rozstaną się, a Liz będzie miała okazję poznać kogoś nowego, w międzyczasie skończy szkołę, wybierze się na studia, a w życiu będzie robić to o czym zawsze marzyła… Nie, stop. Nic z tych rzeczy się nigdy nie zdarzy, będzie zupełnie inaczej. Liz obudzi się w nieznanym miejscu, który okaże się statkiem Nil. Na odległym już brzegu zobaczy swoich zrozpaczonych rodziców i młodszego brata, a na górze jej piętrowego łóżka Thandi, szesnastoletnią współlokatorkę z dziurą po kuli w głowie. I będzie święcie przekonana, że wcale się jeszcze nie obudziła. Choć z drugiej strony to dosyć dziwny sen.A staje się jeszcze dziwniejszy gdy Liz dociera do stołówki pełnej starszych osób, spotyka swego ulubionego muzyka, na własnej głowie dostrzega dziwną ranę, a sen, który powinien już dawno się skończyć trwa nadal i nawet szczypanie w ramię nic nie daje, bo to naprawdę boli. A potem Liz zostaje zaproszona na własny pogrzeb i już wie, że to nie sen. I pozostaje się tylko dowiedzieć dokąd zmierza ten statek…
Gabrielle Zevin sięga do dobrze znanych nam rozwiązań. Po pierwsze w roli narratora stawiając osobę młodziutką, która nie miała okazji poznać jeszcze prawdziwego życia. A po drugie pokazując nam kolejną interpretację tego co znajdziemy po drugiej stronie. I choć to mogłoby nas już nudzić, mogłoby wydać się powtarzalne i przewidywalne to absolutnie takie nie jest. Nie mam pojęcia jak autorka to robi, ale zdaje się mieć tysiąc nowych pomysłów na minutę, a my przewracając kolejne strony nie możemy zrobić nic innego jak tylko otwierać coraz szerzej ze zdziwienia buzię. Wizja krainy Gdzie Indziej bardzo mi się podoba. Naprawdę, nie wiem czy nie najbardziej z tego wszystkiego czym raczą nas od lat. Miejsce, gdzie czas płynie inaczej, gdzie zamiast coraz starsi stajemy się coraz młodsi, gdzie jak się okazuję, wszystko się może zdarzyć, możemy się zakochać, możemy się skontaktować z ludźmi, którzy zostali na Ziemi, możemy rozmawiać z psami, własną babcię uczynić swoją najlepszą przyjaciółką, a zamiast codziennej pracy wykonywać zajęcia, które naprawdę lubimy wydaje się naprawdę przyjemną perspektywą.
Podobał mi się sposób w jaki Zevin przedstawiła główną bohaterkę, robiąc z niej dziewczynkę, która paradoksalnie coraz młodsza staje się coraz bardziej dojrzałą osobą, zaczyna rozumieć pewne rzeczy, dostrzegać to czego dotąd nie dostrzegała, godzić się z tym co straciła i doceniać to co otrzymała w zamian.
Swoją drogą czy to nie dziwne, że zawsze dążymy do tego co jest dla nas nieosiągalne? Zawsze wyobrażamy sobie, że będąc Gdzie Indziej żyłoby nam się lepiej, a gdy już tam trafiamy tęsknimy do poprzedniego miejsca. Nie odnosi się to może w znaczący sposób do treści książki, po prostu po jej przeczytaniu naszła mnie taka myśl. Bo ja też przecież często myślę, że życie Gdzie Indziej mogłoby być dużo lepsze od życia Tu i Teraz.
Ocena: 5,5/6
Gabrielle Zevin, Gdzie indziej, Kraków, Initium, 2010.