O samej fabule pisano już dużo, więc pozwólcie, że ograniczę się do kilku krótkich zdań.
Ewa, niezadowolona z posady nauczyciela postanawia pójść w drugą stronę i podejmuje pracę w agencji fotograficznej. To też nie bardzo spełnia jej wymagania, bo okazuje się, że i w agnecji jest nudno, a ona dostaje same banalne zlecenia, aż do czasu, gdy pewna Francuzka postanowi wynająć koniecznie kobietę do sfotografowania swojej rodzinnej kwiaciarni. Wszak tylko kobieta potrafi ująć i zrozumieć w pełni kwiatowy urok. Ewa więc czym prędzej pakuje walizkę i udaje się do słonecznej Prowansji i to jest chyba najlepsza rzecz jakiej się w życiu podjęła, bo okazuje się, że Francja nie tylko pomoże Ewie co nieco zmienić swoje życie, ale także poznać siebie samą z zupełnie innej strony.
Uwielbiam kobiecie powieści, podkreślałam to nieraz. I nieważne czy to zwykłe babskie czytadła czy sagi rodzinne, w których główną rolę odgrywa właśnie płeć piękna, bo obydwa typy uwielbiam i zawsze czytam z wielką radością. A jeśli jedna książka łączy w sobie cechy tych obu to już w ogóle jest cudownie. A Zamówienie z Francji zdecydowanie to łączy, bo mamy i rodzinne historie, zagmatwane, poplątane, okraszone tajemnicą, i kobiety odgrywające w tej historii główną rolę, sprawujące władzę, pełniące najważniejszą funkcję w rodzinie. Ale mamy też to co dla mnie od zawsze charakteryzowało literaturę typowo babską, czyli zdrady, zauroczenia, niepewności, niezdecydowania, zakochania i przede wszystkim przyjemny styl, dzięki któremu wsiąkamy w powieść i naprawdę ciężko jest nam ją odłożyć. Do tego wszystkiego możemy dodać niezwykła zdolność Ewy, która pozwala nie tylko na widzenie przeszłości, ale również przeczuwanie tego co zdaży się wkrótce. Zresztą, jak się okazuje nie ona jedna w swej rodzinie takie zdolności posiada. No i do tego, niczym wisienka na torcie pojawia się ta Prowansja, słoneczna Prowansja ze wszystkimi jej zaletami. Z mnóstwem przestrzeni, z polami lawendy, z winnicami, ze wszystkimi jej zapachami, smakami i barwami. Aż chciałoby się wskoczyć w karty powieści i po prostu się tam przenieść.
Wielkim plusem okazały się postacie. Wyraziste, każda zupełnie inna, a przy tym tak łudząco podobne. Moją zdecydowaną faworytką stała się Sophie. To dla mnie kobietka tak niewinna, subtelna i urocza, że gdybym była facetem, z pewnością bym się w niej zakochała.
Po przeczytaniu tej książki aż zaczynam żałować, że nie mam wielkiej rodziny. Zresztą zawsze było mi przykro, że nie dość, że tak nas mało to nawet w tak małym gronie nie potrafimy się ze sobą dogadać. No cóż, jak to mówią z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Albo w powieści.
Ocena: 5/6
Anna J. Szepielak, Zamówienie z Francji, Gdynia, Novae Res, 2010.
Ps. Jak widać wystarczy mi trochę słońca przebijającego zza chmur i wolny dzień, a od razu wracam do życia. Przynajmniej do następnego poniedziałku 😉