Mimo wielkiego szumu jaki panował jeszcze jakiś czas temu wokół Zafona nie miałam jeszcze do czynienia z jego prozą i wiecie co? Cieszę się, że to wszystko jeszcze przede mną, że jego powieści jeszcze są do odkrycia. A Cień wiatru czeka grzecznie na półce na swój czas i mam nadzieję, że podobnie jak pierwsza książka autora wywoła we mnie tyle emocji.

Księcia mgły zaczęłam czytać wieczorem, leżąc już w łóżku, w końcu tak lubię najbardziej, ale to był błąd. Pomijając już to, że mimo wielkiego zmęczenia pochłonęłam dosłownie migiem sto stron, ale ja po prostu mimo tego zmęczenia po tych stu stronach bałam się zasnąć! Dziwne głosy z szafy, które przestraszyły Irinę, przestraszyły również mnie, i ta twarz klauna, którą cały czas miałam przed oczami. Ale od początku.

Jest rok 1943, trwa wojna, duże miasta nie są najlepszymi miejscami do życia, więc rodzina Carverów postanawia przeprowadzić się do małej rybackiej wioski. I już od początku towarzyszą tej przeprowadzce dziwne rzeczy. Najpierw dziwny dworcowy zegar, który pokazuje zupełnie inną godzinę i wydawać by się mogło, że po prostu się zaciął, ale po dokładniejszym przyglądnięciu się okazuje się, że jego wskazówki ruszają się nie w tę stronę. Potem ni stąd ni z owąd pojawia się tajemniczy kot, znaleziony i przygarnięty przed najmłodszą siostrę Irinę. I może w tym kocie nie byłoby nawet nic dziwnego, gdyby nie to, że zdaje się on śledzić domowników, a na dodatek nie rusza powiekami! Następnie dziwny ogród, pełen kamiennych postaci. I w końcu ta najgorsza wiadomość o śmierci chłopca mieszkającemu w tym domu wcześniej i filmy dające do myślenia, a nakręcone właśnie przez niego.

A do tego dochodzi wrak statku, który zatonął podczas pierwszej wojny światowej, magik o twarzy klauna, który spełni każde życzenie, ale musi dostać coś w zamian. Stary latarnik, który jako jedyny w mieście zna prawdziwą historię Księcia Mgły, ale niechętnie się nia dzieli. I nastoletni Roland, który w moim odczuciu stanowi absolutne centrum powieści, a który w niedługim czasie zaprzyjaźnia się z Maksem i Alicją.

Zafon przez całą, dosłownie calusieńką książkę ostro grał na moich emocjach. A to straszył, a to bawił, a to podsuwał rozwiązania, które w końcu okazywały się błędne. I mam wrażenie, że wsystko po to bym przywiązała się do tych bohaterów i po to, żeby na samym końcu doprowadzić mnie do łez. Autentycznie. Bo to nie tak miało się skończyć, bo jak to tak mogło być? Bo dlaczego nie po mojej myśli? Dlaczego nie tak jak ja sobie, zaplanowałam, miałam w głowie już taki piękny plan, zakończenie z happy endem, a tu taki cios.

I ja tą grą na emocjach jestem zachwycona. Uwielbiam takie książki, których nie czytam z obojętnością i wyrazem znudzenia na twarzy. A przy tym Zafon bardzo umiejętnie porusza kwestie przyjaźni, pierwszej miłości, okrucieństwa ludzi i tego ile jesteśmy w stanie poświęcić dla spełnienia własnych pragnień, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad tym jak my by postąpił, co zrobił i ile byłby w stanie poświęcić.

Czuję się w pełni kupiona i czekam z niecierpliwością na wydanie kolejnej części. Bo bardzo jestem ciekawa co będzie dalej i choć to naiwne to jednak mam nadzieję, że to zakończenie nie jest może znowu takie ostateczne. Może Zafon nie pozwoli mojej romantycznej duszy tak cierpieć.

Ocena: 5,5/6

Carlos Ruiz Zafon, Książę mgły, Warszawa, MUZA SA, 2010.