Dobra książka z założenia powinna nas wciągnąć już od pierwszych stron i dostarczyć tyle przyjemności i rozrywki ile to tylko możliwe. Przynajmniej ja tak zawsze zakładam i tego właśnie od dobrej książki wymagam, a już w szczególności od dobrego kryminału. Ale żeby aż tak? Żeby tak od razu, od samego, samiuśkiego początku wciągnąć mnie tak, bym zapomniała o całym świecie? Żebym, o zgrozo, po raz pierwszy w życiu o mały włos przegapiła swój przystanek? W domu tak, w domu często przy czytaniu pozwalam sobie na chwileczkę zapomnienia, ale w tramwaju? Przecież tak na dobrą sprawę mogli by mnie okraść, a ja zadowolona dalej wgłębiałabym się w losy Apoloniusza. Ano właśnie, bo to wszystko jego wina!
Apoloniusz, zblazowany agent ubezpieczeniowy, o życiu nudnym jak flaki z olejem pewnego dnia udaje się na domową wizytę, która raz na zawsze to życie odmieni, bo oto drzwi otwiera mu roznegliżowana pani domu, która mi osobiście do złudzenia przypominała kilerową Gabrysie i za każdym razem wywoływała szeroki uśmiech na mojej twarzy. I kiedy już, już mogłoby dojść do czegoś ciekawego, na przykład… podpisania umowy, nagle do domu wraca ukochany mężczyzna, pan domu, Konrad Z. czy też Mucha, jak kto woli, ukrywający w bagażniku ciało. Biedny Apoloniusz chcąc czy nie chcąc staje się świadkiem dobicia bagażnikowego pasażera, a wiadomo co osoby takie jak Mucha robią ze świadkami. Tak więc żegnamy nudne życie, witamy urozmaicenia! I tu się zaczynają ucieczki, niepewność, strach, panika, szaleństwo i szukanie pomocy, a w końcu i kombinowanie, bo skoro nie można się od gangstera uwolnić to trzeba znaleźć sposób, żeby go pokonać. A to nie takie znowu trudne jakby się mogło wydawać. Wystarczy znaleźć jednego kumpla gotowego zaryzykować własnym życiem i drugiego, który byłby w stanie załatwić kilka niezbędnych gadżetów. I męczyć, dręczyć, nagabywać, straszyć, doprowadzać do skraju rozpaczy i uważnie śledzić jak nieustraszony Kondziu dostaje szału.
Cała książka utrzymana jest w zabawnym stylu, a przy tym wciąga niesamowicie, bo koniecznie trzeba wiedzieć na jaki to szalony pomysł wpadnie nasz bohater na kolejnych stronach. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że odczuwamy niemalże dokładnie to co Apoloniusz, razem z nim się boimy i zastanawiamy co by tu jeszcze można było zrobić, żeby było dobrze. Albo chociaż, żeby nie było aż tak źle.
Jako, że już naprawdę dawno nie miałam okazji obejrzeć dobrej polskiej komedii to po cichutku będę sobie liczyć na to, że może Mucha zostanie kiedyś tam sfilmowana. A sama postanawiam nadrobić braki w polskich kryminałach, bo jeśli wszystkie albo chociaż większośc z nich prezentuje się tak jak ten… to cóż, nic tylko siąść i czytać.
Ocena: 5,5/6
Jacek Skowroński, Mucha, Kraków, Oficynka, 2010.