Obawiałam się, że Grant nie będzie w stanie mnie już niczym zaskoczył, a kolejne części serii Gone będą powielane i nudne. Jakże się myliłam! Już przy pierwszym rozdziale wybałuszałam oczy, a szczęką waliłam w podłogę, zastanawiając się czy książki nie odłożyć, bo jeśli opisane dalej sceny są jeszcze bardziej drastyczne to ja nie wiem czy dam radę. I faktycznie, odłożyłam. Zmutowane dżdżownice zabijające chłopca na polu kapusty, wgryzające się w niego i wyjadające od środka to zdecydowanie zbyt wiele dla moich nerwów. Ciekawość jednak zwyciężyła i zaczęłam ją czytać znów.
Mogę powiedzieć jedno – książka wstrząsa. Jest mrocznie, jest brutalnie i aż boję się tego co autor może wymyślić w części trzeciej, nie mówiąc już o tych dalszych.
Po trzech miesiącach od nastania ETAP-u w Perdido Beach zaczyna panować przeraźliwy głód. Dzieciaki zaczynają dostrzegać w swoich zwierzątkach domowych, a co gorsza i w najlepszych przyjaciołach potencjalne źrodło pokarmu. Latają do Sama z każda najmniejszą pierdołą, zbyt leniwe, by chociaż spróbować rozwiązywać swoje problemy samodzielnie. W dodatku powoli zaczyna dochodzić do podziału na normalnych i odmieńców, posiadających jakieś moce. A jeśli już o mocach mowa, to z każdym kolejnym dniem zaczynają się ujawniać coraz to nowsze. W dodatku nadal trwa walka o władzę. Jeśli dołożymy do tego wszystkiego Caina i jego konflikt z Drakiem, atak na elektrownie, odłączenie prądu i głód Ciemności przywołującej do siebie kolejne osoby. No cóż… nie ma co się dziwić, że Sam powoli się załamuje. Zresztą, gdybym w chwilach załamania miała przy sobie wiecznie wymądrzająca się Astrid, która i owszem doskonale wie co i jak Sam zrobić powinien, ale sama nie ruszy palcem, też bym się załamała. Tak, strasznie zaczęła mi działać na nerwy ta postać, bo mam wrażenie, że jest jakaś taka ciapowata, a wtrącanie na siłę trudnych słów po to, żeby uwydatnić niewiedzę swoich rówieśników jakoś nie działa na jej korzyść. Liczę na to, że w kolejnej części dziewczyna jakoś się ogarnie.
Co do książki jako całości to nadal pozostaje pod wielkim wrażeniem dla wyobraźni autora. I nie wiem sama czy powinnam się cieszyć z powodu zbliżającej się wielkimi krokami premiery trzeciej części czy wściekać na niego za to, że w miejsce każdego wyjaśnienia, każdej odpowiedzi zadaje co najmniej dwa nowe pytania. I ta końcówka, która wywołała już całkowity mętlik w mojej głowie. Mam też wrażenie, że akcja książki mniej więcej w połowie strasznie zwolniła, choć może po prostu ten środek nie wpasował się w odpowiedni nastrój, za to przyśpieszenie pod koniec. Ledwo nadążałam z przewracaniem stron. Uwielbiam, gdy akcja nabiera takiego tempa!
Ocena: 5/6
Michael Grant, Faza druga: Głód, Warszawa, Jaguar, 2010.