Ostatnio jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne filmy o tańcu. Lubię je i oglądam, ale niestety oglądając coraz to nowsze produkcje stwierdzam, że każda następna jest gorsza od poprzedniej. Ostatnio miałam okazję obejrzeć nową wersję Fame i rozczarowałam się bardzo, bo ani to porządnej fabuły nie ma, ani tańcem nie powala. Ale nie o Fame chcę dziś pisać, a o Footloose, filmie który mnie zachwycił i który z chęcią pewnie obejrzę jeszcze niejeden raz.

Do małego miasteczka sprowadza się, wraz z matką, Ren McCormack (Kevin Bacon). Miateczko to dość ponure, bo z powodu wypadku mającego miejsce kilka lat wcześniej, zabroniono w nim wszystkiego, od alkoholu zaczynając, a na słuchaniu rockowej muzyki i tańcu kończąc. Młodzież ubolewa, ale żaden z dotychczasowych mieszkańców nie ma na tyle odwagi by sprzeciwić się zakazom pastora. I dopiero Ren, z pomocą kilku nowych przyjaciół, postanawia coś zmienić.

Jestem mniej więcej w wieku głównych bohaterów i wybaczcie, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, ktokolwiek, nieważne ksiądz, rodzice, czy sam papież mógł mi zabronić chociażby słuchania muzyki, nie mówiąc już o zabawie. Na jakiś krótki okres czasu i owszem, to zrozumiałe, nie zawsze jest pora na tańce, ale na kilka lat? W życiu. Kiedy będę się bawić jak nie teraz właśnie? Każde pokolenie zasługuje na to samo i nikt nie powinien być zmuszony do odpowiadania za czyny poprzedników, bez względu na to czy są zupełnie obcymi ludźmi czy najbliższą rodziną.

Film polecam, oczywiście, bo bardzo mi się podobał. Pomysł na fabułę świeny, wykonanie również niczego sobie, sporo tańca, no i najważniejsze – muzyka, muzyka, której słucham od kilku dni nieustannie. Plusem w filmie jest też Sarah-Jessica Parker, za która nigdy jakoś nie przepadałam, a która bardzo pozytywnie mnie tu zaskoczyła.

Na przyszły rok zapowiadana jest premiera remaku Footloose, aż się boję co z tego wyjdzie.

Ocena: 6/6