Kurczaki zawsze wyglądają jak ofiary przemocy seksualnej, blade, sflaczałe i związane.

Podchodziłam do tej książki jak pies do jeża. Naprawdę, bo jakoś pozytywne recenzje nie zrobiły na mnie aż takiego wrażenia, natomiast te negatywne. No cóż, zawsze bardziej przejmuję się tym co złe. I może kolejny raz mój odbiór danej książki był w pewnym stopniu uzależniony od mojego nastawienia przed rozpoczęciem czytania. Bo przecież gdybym nastawiała się na coś co musi mnie zachwycić mogłabym się rozczarować, a tak, nastawiając się na dno totalne, jestem oczarowana jak nie wiem co. I tak, dołączam do grona zachwyconych i aż nie mogę doczekać się kiedy zobaczę film, który przecież ponoć jest jeszcze lepszy.

 Julie Powell była zwykłą dobiegającą trzydziestki kobietą, podobną do miliona innych kobiet, usilnie starających się o dziecko, mających kochającego, choć momentami denerwującego męża i pracujących tam, gdzie przecież nigdy w życiu pracować nie chciały. Niezadowolenie ze swojego życia, prywatnego i zawodowego, to chyba wystarczający powód, aby chcieć je zmienić prawda? I Julie właśnie liczy na to, że wyzwanie które sobie stawia w jakiś sposób je zmieni. Tyle tylko, że zrealizowanie 524 przepisów w ciągu roku, tym bardziej przepisów nie należących wcale do najłatwiejszych, a czasem i do najsmaczniejszych okazuje się wcale nie takie proste, na jakie mogło by początkowo wyglądać. Na szczęście jak już wspomniałam, Julie ma kochającego męża, cudowną rodzinę i przyjaciół, a także czytelników i czytelniczki swojego bloga, które wiernie ją wspierają w doskonaleniu sztuki francuskiej.

Wciągnęła mnie ta książka niesamowicie, a ile ja się przy niej uśmiałam. Nie obyło się również bez wzruszeń przy końcówce. I dobrze, zgodzę się, że niektóre fragmenty były obrzydliwe, cóż, wydobywanie szpiku z kości po prostu nie może być nieobrzydliwe, ale póki nie muszę tego: a. oglądać, b. sama robić, c. jeść, to wydaje mi się, że wszystko jest ok. Dodatkowo sama Julie wydała mi się kobietą tak pełną ciepła, poczucia humoru, a przy tym na tyle naturalną, że nie sposób było jej nie polubić. A nawet gdyby nie wzbudziła mojej sympatii na samym początku książki to na pewno wzbudziłaby ją podczas pierwszej wzmianki o Buffy, której też jestem wielką fanką.

A co do samego wyzwania i jego sensu, wyzwanie Julie niektórym może wydać się strasznie głupie, innym wydadzą się głupie nasze wyzwania książkowe, ale przecież w naszym życiu potrzebne są wyzwania, każdy z nas stawia je sobie każdego dnia. Większe czy mniejsze, sensowne czy nie, każde z nich jest równie ważne, bo to przecież one motywują nas do działania, a dążenie do sprostania im daje tyle radości.

Julia nauczyła mnie, jak znaleźć własną drogę. Nie jest tak, jak sądziłam. Sądziłam, że chodzi o… nie wiem, o pewność siebie, silną wolę albo szczęśćie. To też warto mieć, bez wątpienia, ale jest coś innego, coś, z czego biorą się wspomniane wyżej rzeczy.

To radość.

Niestety, w książce jest sporo literówek, ale nawet to nie zepsuje moich ogólnych wrażeń, bo cieszę się bardzo, że miałam okazję poznać Julie Powell. A teraz, cóż, teraz nie pozostaje mi już nic innego jak obejrzenie ekranizacji tej książki i zapoznanie się z Julią Child.

Ocena: 5,5/6

Julie Powell, Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania, Warszawa, Świat Książki, 2009.