Tak sobie myślę, że niektóre książki naprawdę nie potrzebują kontynuacji. Tak jest w przypadku książek o Zézé. Jeśli o mnie chodzi mogłyby się one zakończyć na pierwszej części, czyli Moim drzewku pomarańczowym, które czytałam chętnie, które mnie wzruszyło i do którego kiedyś pewnie będę chciała wrócić. Na rozstajach jest trzecią częścią, którą i owszem, czytało się miło i przyjemnie, ale która nie porwała mnie ani trochę, nie wywołała łez, a właściwie mam wrażenie, że czytanie jej obyło się właściwie bez żadnych emocji.
Dwudziestoletni Zézé nie jest już tym małym chłopcem, mającym za przyjaciela drzewko pomarańczowe, którego aż chciałoby się wziąć w ramiona i pocieszyć. Ale nadal pozostaje chłopcem. Z racji wieku dorosłym, ale nadal chłopcem, który przeżywa młodzieńczą miłość, pełną namiętności, która nie do końca jest akceptowana przez wszystkich wkoło. Który wreszcie musi przyjąć na siebie odpowiedzialność za swoje każde posunięcie, który musi zacząc dokonywać wyborów mogących zdecydować o całym jego życiu. A jak chyba wszyscy wiemy, nie są to decyzje łatwe i ja czasami chciałabym, żeby ktoś je za mnie podejmował.
Vasconcelos dopełnił zadania, pokazał nam losy swojego bohatera, aż do osiągnięcia przez niego dojrzałości, ale mam momentami miałam wrażenie, że sam już był tym zmęczony i chciał skończyć tę część jak najszybciej. Wszystko zostało w niej opisane dość pobieżnie, wiele wątków mogłoby być brdziej rozwiniętych, ogólnie zabrakło mi tego czegoś.
Ocena: 4/6