Tak mało miłości jest na świecie.

Trzy opowieści o trzech kobietach, przedstawiające po jednym dniu z ich życia. Kobiety, których początkowo, na pozór nic nie łączy. Nic, prócz powieści Virginii Woolf Pani Dalloway. Pani Woolf jest właśnie w trakcie jej pisania, Laura, zauroczona zresztą lekturą, w trakcie czytania, natomiast życie Clarissy jest po prostu odzwierciedleniem tej powieści.

Nie ukrywam, że bez wątpienia nabrałam wielkiej ochoty na zapoznanie się z twórczością pani Woolf, choćby ze względu na to, aby móc porównać te dwie powieści.

Ale wracając do Godzin. Clarissa mieszka w Londynie. Swoje życie stara się dzielić między Sally, która jest jej kochanką od 18 lat, a Richarda, któremu poświęciła swoje życie. Mężczyznę w tej chwili nieuleczalnie chorego. Zmagającego się z tak trudną chorobą jaką jest AIDS. To właśnie on zaczął mówić na nią – pani Dalloway. Dzień, który został opisany w powieści, Clarissa poświęca na przygotowanie wieczornego przyjęcia na część Richarda, który właśnie dostał nagrodę za swoje pisarskie osiągnięcia.

Laura żyje w toksycznym związku. Wciąż czuje się winna, z powodu uczucia jakim darzy ją mąż. Właśnie oczekuje drugiego dziecka. Ma już jednego, trzyletniego synka o imieniu Richie. Dzień opisany przez Cunninghama jest dniem urodzin jej męża. Niezadowolona początkowo z tortu, a jak się okazuje i z całego swego życia szuka spokojnego miejsca, w którym mogłaby się oddać lekturze ulubionej książki.

Co do Virginii, żyje z mężem na przedmieściach Londynu, gdzie przeprowadzili się w celu jej wyzdrowienia. Wciąż marzy o tym by wrócić do jego centrum. Właśnie rozpoczyna pracę nad nową książką. Jest znerwicowana, zaczynają się pojawiać u niej myśli samobójcze.

Początkowo denerwował mnie styl autora, musiałam strasznie się skupiać nad tym co on właściwie miał do przekazania, myślałam, że przez książkę nie dam rady przebrnąć. I fakt faktem, w niektórych momentach, do samego końca, nie wiedziałam o co tak naprawdę chodzi, ale historie tych kobiet same w sobie strasznie mnie wciągnęły. Najbardziej chyba losy Clarissy. I nie mogę sobie wybaczyć, że do samego końca nie umiałam jakoś pokojarzyć ze sobą faktów, które były tak oczywiste. Chodzi mi oczywiście o postać Richiego. Nie wiem, może przez chorobę, może przez ogólny nastrój, ale myślę, że właściwie z drugiej strony to bardzo dobrze, bo dzięki temu zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło.

Na półce czeka na mnie jeszcze Dom na krańcu świata i z pewnością bardzo chętnie przeczytam i tą książkę, mając nadzieję, że sprawi mi równie dużo przyjemności.

Ocena: 4,5/6