Zdarzają się książki, których premierę naprawdę ciężko jest przeoczyć i do nich właśnie należy Fatum i Furia. Reklamowana mocno już przed samym wydaniem, zbierająca dobre recenzje tuż po nim, kusiła i nęciła, aż w końcu dałam się złapać. I co? I klapa.


Książka okrzyknięta najgłośniejszą amerykańską powieścią 2015 roku, którą ponoć zachwycił się sam Barack Obama, to historia pewnego małżeństwa przedstawiona z dwóch perspektyw. Małżeństwa pełnego miłości i namiętności, ale też zazdrości, kłamstwa, głęboko zatajonych sekretów. Lancelot i Mathilde poznali się jako dwudziestolatkowie i przeżyli razem przeszło dwadzieścia lat. On dla niej zrezygnował z dotychczasowych wygód i ogromnego spadku, ona podporządkowała mu całe swoje życie. Połączeni wielkim uczuciem poszli by za sobą w ogień, ale czy ich związek naprawdę był tak szczęśliwy, jak próbowali go wykreować, jak mógłby się wydawać ludziom z zewnątrz?
Małżeństwo buduje się na kłamstwach. Głównie w dobrej wierze. Na przemilczeniach. Gdyby wypowiedzieć na głos wszystko, co myśli się o współmałżonku, można by go zetrzeć na proch*.
Bądźmy szczerzy, powieść Lauren Groff zupełnie mnie nie poruszyła. Historia pisana z perspektywy Lotta jest zwyczajnie nudna i ciągnie się w nieskończoność. Wersja wydarzeń z punktu widzenia Mathilde wypada nieco ciekawiej, ale właściwie niczym nie zaskakuje. Natomiast całość jest po prostu nadzwyczaj przeciętna, niczym się nie wyróżnia, nie zapada w pamięć.
Miałam nadzieję. Najpierw na dobrą książkę, potem na to, że skoro pierwsza część nie podpasowała, to może druga jednak zachwyci. Niestety, Fatum i Furia to dla mnie powieść mocno przegadana i zdecydowanie zbyt przereklamowana. Miało być arcydzieło, a wyszła książka, którą dokończyłam właściwie chyba tylko siłą rozpędu i o której zapomnę szybciej niż pojawiła się we mnie chęć jej przeczytania. Ciekawe ile jeszcze razy dam się nabrać na taki szał marketingowy…
Lauren Groff, Fatum i Furia, Kraków, Wydawnictwo Znak 2016
*s. 224