Najnowsza powieść Ałbeny Grabowskiej to nie horror, a jednak przyprawia o dreszcze.

LadyM

Małżeństwo Małgorzaty i Krzysztofa na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ot wieloletni staż i związane z nim lekkie znudzenie. Niby nic nadzwyczajnego, bo poza momentami, kiedy obydwoje nie mogą już się znieść, przeważają jednak chwile łóżkowych namiętności. Czy to nie cudowne, że po tylu latach wciąż się jeszcze fizycznie pociągają? Można więc nawet powiedzieć, że tworzą całkiem udany związek. Choć może to tylko pozory? Przecież obydwoje nie o takim życiu marzyli. Przecież ona pragnęła męża lekarza, a nie zwykłego wykładowcy akademickiego. Przecież wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej…

Choć tytułowa Lady M, to w tym przypadku nie Lady Makbet, a tylko Lady Małgorzata, to trudno nie dostrzec ogromu cech łączących te dwie postacie. Wywieranie presji na mężach, pragnienie wyniesienia ich na piedestał, chęć podporządkowania sobie wszystkiego i wszystkich, dążenie do obranego celu za wszelką cenę, nierzadko po trupach… Nie tylko zresztą na ich podobieństwie kończą się nawiązania do utworu Szekspira, bo jest ich w powieści Ałbeny Grabowskiej znacznie więcej.

Mimo łączącej ich wciąż namiętności w małżeństwie Krzysztofa i Małgorzaty od dawna już nie ma miłości, nic więc dziwnego, że obydwoje starają się szukać głębszych relacji na zewnątrz. Mam jednak wrażenie, że mimo wszystko nie można też w ich przypadku mówić o nienawiści. To związek oparty na przywiązaniu, przyzwyczajeniach, codziennej rutynie stopniowo zamienianej w obojętność, a przede wszystkim na ogromnej, niszczącej zaborczości, która niszczy wszystko, każdy zalążek tego, co jeszcze mieliby szansę wspólnie stworzyć.

Wszystkie wydarzenia obserwujemy z dwóch perspektyw czasowych: roku 2011 i 2012, chwilę przed znaczącymi wypadkami i już po nich. I choć zapiski z roku 2012 wyraźnie wskazują na to jak zakończyła się historia Małgorzaty i Krzysztofa, choć intuicja podpowiada nam jakie role odegrali oni w poszczególnych aktach, to jednak całość śledzimy z nieustającą ciekawością i poczuciem nieubłaganie zbliżającego się nieszczęścia.

Choć przez większość powieści nie dzieje się właściwie nic strasznego, raczej przeciwnie, dni toczą się w miarę spokojnie, swoim torem, to udało się autorce stworzyć taki klimat, że niemal przez całą lekturę mamy na plecach gęsią skórkę. Wiemy, że za chwilę dojdzie do czegoś, czego już nie da się cofnąć, że wydarzy się coś strasznego, że zarówno Małgorzata, jak i Krzysztof są postaciami, których od początku powinniśmy się bać. Choć z drugiej strony wzbudzają oni też szereg innych emocji. Dla mnie Małgorzata jest postacią tak złożoną i jednocześnie tak zmienną, że potrafiłam bez problemu przejść od złości na nią do wielkiego współczucia, ba, potrafiłam jednocześnie martwić się o nią i mieć ochotę dać jej w twarz. To kobieta nie tylko w okrutny sposób manipulująca swoimi najbliższymi i wymuszająca na nich postępowanie według jej własnych reguł, ale przede wszystkim postać ogromnie nieszczęśliwa, zamknięta w klatce, którą sama dla siebie stworzyła i z której za nic nie potrafi się wydostać. Nie sposób jej nie współczuć.

Ałbenie Grabowskiej kolejny raz udało się stworzyć nietuzinkowe postacie, o których szybko nie zapomnimy, atmosferę ciągłego zagrożenia, nawet tam, gdzie nie powinno go być, i fabułę, która nawet długo po lekturze co jakiś czas będzie pojawiać się w naszych myślach.

Ałbena Grabowska, Lady M., Warszawa, Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., 2016