
Magda (Magdalena Różańska), Jacek (Piotr Głowacki) i Tomek (Wojtek Mecwaldowski) tworzą niesamowite trio.
Tomasz to autyk, utalentowany, ale niezdolny do kontaktów, przynajmniej pozornie, żyjący w świecie własnej wyobraźni, uzależniony od innych. Magda nie radzi sobie z otaczającą ją rzeczywistością, stroni od ludzi, schronienia szuka we wnęce własnej szafy, upajając się atmosferą, jaką tylko tam może znaleźć. Jacek od lat opiekuje się chorym bratem, od czasu do czasu przeżywając upojne chwile z przypadkowo napotkanymi kobietami. Z żadną z nich nie potrafi stworzyć stałego związku, bo na piedestale wciąż stawia Tomka. Wie doskonale, że ten bez niego mógłby sobie nie poradzić, ale zdarzają się sytuacje, w których nie może ciągnąć ze sobą Tomasza, zostawia go więc czasem pod opieką niezbyt sympatycznej sąsiadki (Teresa Sawicka). A wreszcie, poniekąd do tego zmuszony, w mieszkaniu naprzeciwko… U dziewczyny z szafy.
Największym plusem, a zarazem siłą, która może do filmu przyciągnąć, tak jak i mnie przyciągnęła, jest Wojtek Mecwaldowski. Srogo się jednak zawiodą ci, którzy liczą na kolejną, świetnie zagraną, ale jednak dość głupkowatą kreację. Aktor, znany nam doskonale głównie ze swoich kapitalnych komediowych ról, tym razem zupełnie zaskakuje, wcielając się w rolę autystycznego, wyalienowanego, ale także pragnącego być kochanym i czuć się potrzebnym, Tomka. Nawet jeśli niektóre sceny wywołają w widzach uśmiech, to będzie to raczej śmiech przez łzy.
To oczywiście nie znaczy, że rola Magdy – tytułowej dziewczyny z szafy, Jacka – brata Tomka, czy Krzysztofa (Eryk Lubos) – dzielnicowego, który też w żaden sposób nie potrafi sobie poradzić z własną samotnością, powinny przejść bez echa. Nie. Każda z tych osób jest ważna, żadnej nie mogłoby zabraknąć, bo wszystkie tworzą coś, obok czego nie można przejść obojętnie.
Dziewczyna z szafy to film wzruszający, ale nie uciekający się do utartych schematów i melodramatycznych chwytów. Wzrusza i jednocześnie zachwyca swoją prostotą. Bodo Kox zestawiając smutną, szarą rzeczywistość z kolorami wyobraźni, zarówno Magdy, jak i Tomka, wywołuje piorunujący efekt. Dobrze jest w szafie pełnej zieleni, spokoju i beztroski, tylko jak z niej wyjść i radzić sobie tam, gdzie o ten spokój tak trudno, a jakiekolwiek przejawy inności wciąż spotykają się z ogromnym niezrozumieniem?
To nie jest film o chorobie, choć choroba Tomka jest poniekąd motywem przewodnim, bez którego całość nie mogłaby istnieć. Nie o pogodzeniu się z tą chorobą, o radzeniu sobie z nią w codziennym życiu, o walce zarówno autyka, jak i osoby, która się nim zajmuje, o problemach, jakie stają na ich drodze. To wszystko stanowi ważne elementy składające się na dograną całość, ale dla mnie film Bodo Koksa stanowi przede wszystkim obraz przepięknej przyjaźni rodzącej się pomiędzy ludźmi, których, jak się początkowo wydaje, nie łączy zupełnie nic, a którzy w pewnym momencie tak bardzo potrzebują swojej obecności i bliskości, że nie potrafią sobie wyobrazić bez nich chociażby jednego dnia. Tomasza i Magdę, choć właściwie nie zamieniają ze sobą ani słowa, łączy o wiele więcej niż ludzi, którzy spotykając się codziennie, wymieniają zlepek bezsensownych słów, nie wnoszących w ich życie nic wartościowego.
Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl