Być Esther to prawdziwa literacka perełka. I na tym jednym zdaniu najchętniej bym zakończyła, bo boję się, że cokolwiek o tej książce napisze będzie zbyt miałkie i zupełnie nie odda klimatu tej wyjątkowej powieści.

BycEsther

Esther ma osiemdziesiąt trzy lata, wie, że już niewiele czasu jej zostało, ale nie przejmuje się tym nazbyt. Ponad wszystko jednak zależy jej na tym, by przeżyć go tak, jak sama chce, by nie dać zamknąć się w Cedar Shores, tam, gdzie usilnie próbuje umieścić ją córka, z którą skądinąd łączą ją dość skomplikowane relacje. Swoją drogą, czy naprawdę taka jest kolej rzeczy? Czy dziecko, które tak wiele od matki dostało, w pewnym momencie, zamiast zająć się nią odpowiednio, ma już tylko nadzieję na to, że zajmą się nią inni? Co sprawia, że ludzie, którzy powinni być blisko, zaczynają się od siebie niebezpiecznie oddalać, nie potrafiąc znaleźć choć nici porozumienia? Jak łatwo byłoby powiedzieć: kocham cię, całując córkę na dobranoc, albo rankiem, otwierając przed nią drzwi, gdy wychodziła do szkoły. Kocham cię. Lecz możliwe, że przez wiele lat nigdy tego nie powiedziała. Nie tymi słowami. Ale przecież Ceely wiedziała. Musiała wiedzieć. Matka kocha córkę, nawet jeżeli nie mówi tego na głos*.

Esther broniąc się przed zamknięciem tam, gdzie znalazła się jej przyjaciółka, która pomalowała sobie brwi szminką** jednocześnie wspomina swoją młodość, może nie szaloną i pełną przygód, ale na tyle dobrą, że koniec końców, może być z niej zadowolona, choć żałuje trochę, że przeszła przez życie, mówiąc: nie, dziękuję, ilekroć proponowano jej dokładkę i odmawiając sobie wszelkich umilających je drobiazgów***. Myślami wraca do dzieciństwa, do dni spędzonych z jej mężem Martym, którego już przy niej nie ma i za którym ogromnie tęskni, choć między nimi nie zawsze było kolorowo. Przywołuje też wspomnienia dawnych przyjaciół. Osób, z którymi kiedyś była blisko, a wreszcie kontakt im się urwał, nie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że tak po prostu potoczyło się ich życie. Przyjaciele nie tracą kontaktu celowo, lecz dlatego, że jedenaście lat temu obiecujemy sobie do nich zatelefonować, a potem dni lecą jeden za drugim****.

Podczas lektury Być Esther nieustannie nasuwało mi się skojarzenie z twórczością Fannie Flagg, którą osobiście uwielbiam, zwłaszcza z jej Nie mogę się doczekać… kiedy wreszcie pójdę do nieba. Może właśnie dlatego powieść Karmel automatycznie skradła moje serce. A może skradła by je i bez tych skojarzeń, bo to książka, która, mimo dość smutnego przecież tematu, czy nie najlepszych stosunków Esther z własnymi dziećmi, które smucą za każdym razem, gdy o nich czytamy, przepełniona jest jednak ogromnym ciepłem. Opowieść osiemdziesięciotrzyletniej staruszki sprawiła, że poczułam pozytywną, żeby nie napisać młodzieńczą, energię, a z mojej twarzy nie schodził uśmiech.

Starość jest najbardziej zaskakującą rzeczą, jaka jej się przydarzyła. Nigdy o niej nie myślała. A tu raptem, ni stąd, ni zowąd, ma osiemdziesiąt trzy lata. Jest stara. W dodatku stała się obiektem szyderstw i litości. Czy jest sens tłumaczyć, że wciąż jest sobą – chociaż powolniejszą, bardziej obolałą i zachrypłą; że pozostała wersją samej siebie?*****

Starość to trudny temat. Boimy się jej, uciekamy przed nią, jesteśmy pewni, że nigdy nas nie dopadnie, że zawsze będziemy piękni i młodzi, że śmierć przeznaczona jest dla kogoś innego. Od ludzi starszych odwracamy wzrok albo patrzymy na nich z lekkim politowaniem, a czasem może i z pogardą. Starość to też niekoniecznie coś, o czym chcemy czytać, ale Karmel pisze o niej tak ujmująco, że w pewnym momencie przestaje być ona dla czytelnika czymś, czego trzeba się obawiać, przed czym trzeba uciekać. W końcu większość z nas to czeka i w dużej mierze od nas samych zależy zarówno to, jak na osoby starsze reagujemy, jak i to jakimi staruszkami się staniemy. Jestem pewna, że większość z nas ostatni etap swojego życia chciałaby spędzić właśnie tak jak Esther. Po prostu po swojemu.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Miriam Karmel, Być Esther, Warszawa, Świat Książki 2014

*s. 135

**s. 46

***s. 78

****s. 13

*****s. 184