Zorkownię przeczytałam w marcu. To być może mało istotna informacja, ale dla mnie istotna bardzo, bo uwydatnia to, jak trudno, nawet po upływie takiego czasu, jest mi napisać o tej książce choć kilka słów. Bo mam wrażenie, że to wszystko zostało już napisane. Bo wydaje mi się, że żadne słowa nie oddadzą tego, co czułam, gdy ją czytałam. Bo tak naprawdę piszę to wszystko od kilku miesięcy, otwierając ten tekst co kilka dni, dopisując jedno zdanie i kasując dwa. Bo za każdym razem, gdy siadam do tej notki, to w oczach automatycznie stają mi łzy.

Zorkownia

Tak naprawdę wystarczy przeczytać pierwszą stronę Zorkowni, by przekonać się, że jej autorka – Agnieszka Kaluga to osoba niezwykła i niezwykłe jest to, co robi.

Napisana w formie krótkich, blogowych notek, częstokroć kojarzących mi się z poezją, Zorkownia opowiada o śmierci, obcowaniu z nią, przyzwyczajaniu się do niej, godzeniu się z odejściem i pomocy przy tym godzeniu się. Na tych kilkudziesięciu stronach jest taki ogrom nieszczęścia, tak wiele bólu i cierpienia, że aż ciężko o tym czytać, co dopiero współprzeżywać, patrzeć na to, dotykać tego. Ale Zorkownia to dla mnie też, chyba przede wszystkim, opowieść o ogromnym pragnieniu życia, walce o nie, chęci przeżycia każdego kolejnego dnia. I to przeżycia go godnie.

To książka przepełniona emocjami, poruszająca w czytelniku najczulsze struny, zmuszająca do przystanięcia, do krótkiej chwili zadumy, do zastanowienia się nad tym co ja bym zrobiła, jak zareagowała, jak się czuła… Ale także do docenienia tych chwil, których na co dzień nie doceniamy, które przelatują gdzieś tam zupełnie niezauważone, zlekceważone. Docenienia dni, które przeżywamy z taką cholerną pewnością, że nam się one po prostu należą.

Rozpoczynając lekturę tej książki, byłam pewna, że nie zajmie mi ona wiele czasu, w końcu większość zapisków Agnieszki składa się z krótkich, prostych zdań, takich, które powinno się pochłaniać z prędkością światła, a jednak… Nie byłam w stanie czytać Zorkowni nieprzerwanie, musiałam co jakiś czas ją zamykać, odkładać na moment, brać głębszy oddech albo czule gładzić po okładce, jakby to był mój największy skarb. Choć chciałam chłonąć słowa autorki, chłonąć jak gąbka, zatapiać się w nich, to jednak nie byłam w stanie przyjąć na raz takiej dawki emocji, jaką zafundowała mi ta lektura.

Podziwiam takich ludzi jak Agnieszka Kaluga. Szczerze ich podziwiam. Za to, że po największym upadku potrafią się podnieść i iść dalej z uśmiechem na ustach. Za odwagę, za wytrwałość, za ogromną siłę, za to, że są w stanie na co dzień obcować ze śmiercią, przebywać tam, gdzie większość z nas nie chce się znaleźć. Dodać otuchy, złapać za rękę, pogładzić po policzku, pomóc się pożegnać i napisać ostatni list, wysłuchać, czasem nie mówić nic, tylko wspólnie milczeć. Dobrze, że są.

Agnieszko, dziękuję. Za to, co robisz i za to, że powstała ta książka. I, posługując się tym, co wyczytałam w Twojej książce, jestem w stanie dodać tylko: przepraszam za nieporadność słów. Więcej nie umiem.

Agnieszka Kaluga, Zorkownia, Kraków, Wydawnictwo Znak, 2014