Właściwie nie wiem czy jest sens pisać o książce, którą czytała większość książkowej blogosfery. Mniejszość zaś, jeśli jeszcze jakaś pozostała, oczytała się już pewnie recenzji Dożywocia tu i tam, aż miło. Ale może nieprawdą jest, że blogi książkowe czytają wyłącznie inni blogerzy i jakimś (nie)szczęsnym zbiegiem okoliczności przygna mi tu jakieś licho… tfu, zagubioną duszę jakąś, co o Lichotce w życiu nie słyszała, a usłyszeć z pewnością powinna.

Dożywocie to taki wyjazd na prowincję w wersji hard. No wiecie, zazwyczaj biedna niewiasta, co ją życie poturbowało nagle dostaje tajemniczy spadek, cudowny domek na wsi i jakiegoś panicza pod nosem, a jej szare jak dotąd dni nagle zaczynają nabierać barw. Tutaj nie ma niewiasty, jest za to Konrad Romańczuk, też nieco przez los poturbowany, bo nagle samotny i w dodatku męczący się nad kolejną powieścią, o którą suszy mu głowę wredna agentka. Zamiast wsi i cudownego domku mamy jakieś zadupie z gotycką budowlą, zwaną Lichotką, trzymającą się już chyba tylko na słowo honoru… Będzie i panicz, a jakże i życie nabierze barw, choć może nie takich, jakich by Konrad oczekiwał. Przez Lichotkę przetoczy się grono barwnych postaci, a czytelnik będzie przez całą lekturę (a p)sikać ze śmiechu.

No dobra… może nie każdy. W każdym razie ilekroć brałam Dożywocie do ręki, M. zaczynał dziwnie na mnie spoglądać, z takim jakimś niezrozumiałym niepokojem. Nie wiem tak naprawdę o co mu chodziło, ale miałam wrażenie, jakby raz za razem zastanawiał się po kogo dzwonić… I czy ktokolwiek by to był, jest jeszcze w stanie pomóc.

Co ja się tu będę rozwodzić. Kisiel pisze fenomenalnie, bawi się słowem i mam nieodparte wrażenie, że samo pisanie sprawiało jej tyle samo frajdy, co mi jej czytanie. A może nawet więcej. 

Pokochałam dożywotników od pierwszej… no może nie, ale od któejś tam strony pokochałam ich szczerze i na zawsze. Naprawdę ciężko byłoby mi wybrać spośrób nich tego jednego najukochańszego, bo nawet wkurz…. znaczy, ekhm, tego… nieszczęsny (!) panicz Szczęsny zdobył sobie moją ogromną sympatię, choć pewnie jakbym go kiedy spotkała, to z przyjemnością zabiłabym go jeszcze raz. Całym serduchem kocham Licho i wiele bym dała, by na takiego stróża trafić (nie, żebym potrzebowała koniecznie kogoś, kto lubi sprzątać, no ale… sami wiecie, jak to jest), a Krakersa zamknęłabym chętnie we własnej kuchni, niechby mi tam mruczał i tiramisuował, ile tylko wlezie. Będę za nimi tęsknić. 

Marta Kisiel, Dożywocie, Lublin, Fabryka Słów 2010.