Skazany na bluesa (2005) – reż. Jan Kidawa-Błoński

Choćby nie wiem jak się starać ciężko zaliczyć mnie do najwierniejszych fanów Dżemu. Wiadomo, znam kilka piosenek, ale też pytanie kto ich nie zna, prawda? Piszę o tym po to, żeby wyjaśnić, że ja nigdy nie wnikałam w biografię Ryśka Riedla, ale do filmu jakoś tak mnie ciągnęło, a że akurat Skazany na bluesa leciał w TV to postanowiliśmy sobie z M. oglądnąć.

Po zobaczeniu filmu doczytałam sobie trochę to tu, to tam i wiem, że to nie jest wierna kopia biografii, że są tam jakieś różnice, czasem maleńkie niuanse, w każdym razie ja Skazanego… polecam z całego serca, bo to jeden z lepszych polskich wytworów ostatnich lat. Raz, że jest to luźne przedstawienie życia człowieka, który w jakiś sposób już stał się legendą, dwa, że to bardzo dobry film o całkiem zwykłym człowieku, tym jak się można w tym świecie pogubić, i o miłości, takiej na śmierć i życie. Napłakałam się jak głupia i cały czas sobie myślałam o tym, że kochać kogoś to faktycznie znaczy patrzeć jak ten ktoś umiera. Wielki szacunek dla Tomasza Kota za to, że poradził sobie z główną rolą, nie sądziłam, że będzie w stanie zagrać aż tak dobrze. 

Polecam, polecam, polecam, każdemu kto jeszcze nie widział. A potem, dla uzupełnienia polecam też obejrzeć film dokumentalny o Riedlu, czyli Sie macie ludzie.

 

Vicky Cristina Barcelona (2008) – reż. Woody Allen

Przyznaję, nie znam twórczości Allena. Wcześniej widziałam tylko Poznasz przystojnego bruneta, który totalnie mnie rozczarował. Nic więc dziwnego, że włączając Vicky Cristina Barcelona nie spodziewałam się zbyt wiele. Może tym lepiej, bo zostałam miło zaskoczona przyjemną historią o różnych odcieniach zauroczenia. 

Ponoć przeciwieństwa się przyciągają. I to jak widać nie tylko w przypadku miłości, ale i przyjaźni. Bo oto mamy dwie, skrajnie różne młode kobietki, z totalnie odmiennymi poglądami na życie, świat i przede wszystkim miłość. Zupełnie inne, a jednak, potrafiące się dogadać, bo darzące się sympatią i zaprzyjaźnione odkąd tylko pamiętają. Wydawałoby się, że to taka przyjaźń, która trwać będzie do grobowej deski. Albo do wyjazdu do Hiszpani i pojawienia się pewnego interesującego mężczyzny, ale o tym… sza.  

Pomijając samą historię czy świetną grę aktorską, warto wspomnieć o klimacie filmu, bo to on mnie tutaj tak naprawdę zachwycił. Hiszpanię dosłownie czuć w każdej minucie, a uczucie to jest potęgowane przez świetnie dobraną muzykę, widok wąskich uliczek i uroczych kamieniczek oraz… wrzeszczącą po hiszpańsku Penelope. Czy to dziwne, że uwielbiam ją, gdy tak krzyczy?