Opowiadaczka filmów brzmi dziwnie. Zwłaszcza, gdy pomyślimy o tym, że dla kogoś funkcja ta może stać się pewnym źródłem utrzymania. Bądźmy szczerzy, ilu z nas zrezygnowałoby dziś z wizyty z kina, na rzecz dziewczynki, która posługując się jedynie gestami, mimiką twarzy, kilkoma ręcznie zrobionymi rekwizytami oraz słowem próbowałaby nam ten sam film opowiedzieć? Inna sprawa, ilu z nas byłoby w stanie opowiedzieć choć jedną scenę z filmu pełnego akcji, w taki sposób, by ruszyć publiczność, by uchwycić każdy najmniejszy szczegół, by ludzie chcieli nas słuchać?

Maria Margarita opanowała tą umiejętność niemal do perfekcji. Stała się najpierw najlepsza opowiadaczką w swej rodzinie, potem w całej wiosce i mogłaby żyć z tego zajęcia do końca swych dni, gdyby nie pewne, dla niej tragiczne w skutkach wydarzenie.

Obok opisu rozwoju jej kariery jako opowiadaczki filmów, dowiadujemy się też prosto z ust Marii Margarity właściwie o jej całym życiu. O odejściu matki, kalectwie ojca, jej czterech braciach czy starszym kochanku, który w najgorszych chwilach pomógł jakoś jej przetrwać. 

Króciutkie rozdziały, prosty styl, brak zbędnych opisów. To wszystko sprawia, że Opowiadaczkę filmów pochłania się niemalże błyskawicznie, ale też pozbawia ją możliwości dostarczenia jakichkolwiek głębszych emocji. Sprawia, że nie porusza nas już śmierć, nie oburza gwałt, nie cieszy sława. Tego mi tu trochę zabrakło, to uważam za największy minut powieści, ale mimo wszystko myślę, że po książkę warto sięgnąć. Bo od zawsze wierzę w to, że trzeba mieć talent, by nie ulec pokusie nadmiernego rozgadania się i żeby w niewielu słowach zawrzeć jednak tak wiele. 

Hernán Rivera Letelier, Opowiadaczka filmów, Warszawa, Muza SA 2012.