
Oberża została sprzedana! I to, o zgrozo, sprzedana Anglikom, którzy z całą pewnością nie poradzą sobie z jej prowadzeniem. Poza tym, angielska kuchnia… fuj! Zaczyna się więc kombinowanie i intrygi, głównie Serge’a Papona, mera małego miasteczka w gminie Fogas, mające doprowadzić do odebrania aktu własności oberży wstrętnym przyjezdnym. Intrygi, co trzeba dodać, często przekraczające granice dobrego smaku. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę fakt, że Paul i Lorna, postanawiając przeprowadzić się we francuskie Pireneje sprzedali właściwie wszystko czego dorobili się w Anglii, zostając zupełnie bez niczego, a już samo to, że widząc swoje wymarzone miejsce po raz drugi zastają je w opłakanym stanie prezentującym brud, smród i zdechłe szczury jest wystarczająco mocnym wstrząsem.
Przy okazji wgłębiania się w tą właściwie chorą walkę o oberżę poznajemy losy mieszkańców gminy Fogas. Relacje, które ich wzajemnie łączą, a w którym ja początkowo mocno się gubiłam. Ich błędy z przeszłości, tajemnice, których strzegą jak największego skarbu czy obecne problemy, z którymi czasem ciężko im sobie poradzić. Na tym Stagg głównie oparła fabułę, no i na intrygach knutych przez mera, pokazując nam jak szybko można pokonać kulturowe uprzedzenia, jak szybko zdobyć zaufanie zupełnie obcych ludzi i jak łatwo zjednoczyć się w obliczu zbliżającej się powoli acz nieubłaganie klęski.
Francuska oberża to bardzo ciepła książka, nie potrafię znaleźć na nią innego określenia. Typowo czytadłowa, z dość przewidywalnym zakończenie, to jasne, ale jednak potrafiąca doprowadzić do wzruszenia.
Powiem szczerze, że widziałam same niezbyt pochlebne opinię, więc nie nastawiałam się na nie wiadomo co. Nie wiem jakby mi się tę książkę czytało. Wiem natomiast, że słucha się jej całkiem dobrze. Nie przepadam zbytnio za Dancewicz jako aktorką, no to pewnie wina tego, że kojarzę ją właściwie tylko z serialami, ale przyznać muszę, że ma bardzo przyjemny głos, taki ciepły po prostu, a jej francuski, dla mnie, totalnego laika, brzmi wiarygodnie i dźwięcznie. Odpowiednio modulowała głos. Tam gdzie powinna krzyknąć – krzyczała, gdy bohater był zasmucony lub zakłopotany – tak właśnie brzmiał, ale aktorka nie siliła się bez sensu na nadmierną interpretację, co wyszło jej zdecydowanie na plus.
Warto też dodać, może bardziej dla rozrywki, bo to o żart zakrawa, że wydawnictwo tym razem ostro pojechało. To są właśnie te momenty kiedy zastanawiam się kto tak naprawdę tworzy opis na czwartą stronę okładki i czy osoba ta ma jakiekolwiek blade pojęcie o książce, o której zmuszona została coś tam napisać. Raz, że czytelnik może się srogo rozczarować czekając na opisy smakowitych francuskich (a może i angielskich, nie wiadomo przecież co właściwie osobie piszącej chodziło po głowie) potraw, od których powinien zgłodnieć, bo opisu takiego w książce nie uświadczy. No ok, może poza jednym chorizo zaserwowanym gdzieś tam w trakcie przez Lornę i cassoulet z puszki, którym zachwyca się jeden z bohaterów. To jednak można jeszcze przemilczeć, ja się natomiast zastanawiam skąd nagle na tylnej okładce wzięło się imię głównego bohatera? Alex? Jaki Alex do jasnej Anielki?! Raz, że główny bohater to Paul, imię do Aleksa nie podobne ni w wymowie, ni w pisowni. Dwa, w powieści nie ma żadnego, absolutnie żadnego Aleksa.
Nie wiem też czemu (może miałam jakieś felerne nagranie), ale rozdział dwunasty urwał mi się w pół zdania. Kilka razy sobie przewijałam do tego samego momentu, sprawdzałam też na komputerze, dochodząc do wniosku, że to jakieś kaprysy ipoda, ale nie. Co prawda nie zmienia to jakoś odbioru całości, ale pierwszy raz się z czymś takim spotkałam, a poza tym to trochę tak jakby w książce brakowało strony czy kilku zdań.
Audiobook można pobrać tutaj.
Julia Stagg, Francuska oberża, Warszawa, Świat Książki 2011.
czyta: Renata Dancewicz